adopcja w Polsce
fot. Adobe Stock

Tragedia tysięcy dzieci w Polsce - cały czas czekają na mamę i tatę

Nawet całe lata niedane im będzie mieć rodziców. Bo taki jest system adopcji w Polsce. Chory system!? Zobacz, co pokazała jego kontrola!
Agnieszka Majchrzak
adopcja w Polsce
fot. Adobe Stock



Trzeba mieć nerwy ze stali i niebywałe samozaparcie oraz siłę spokoju, aby chcieć w Polsce adoptować dziecko. Stosy dokumentów, piętrzące się przeszkody, "prześwietlanie" rodziców pod kątem ich moralności, czy np. chodzą do kościoła. Nie wierzysz? To przeczytaj, co pokazał raport Najwyższej Izby Kontroli. Niestety to mocno przygnębiająca lektura!

Zaledwie 6 tys. adopcji w ciągu 2 lat

Raport NIK pokazał, że w ciągu 2 lat (od początku 2015 roku do połowy 2017 roku), spośród 76 tys. dzieci przebywających w pieczy zastępczej (20 tys. w domach dziecka, 56 tys. w rodzinach zastępczych i rodzinnych domach dziecka) zaledwie 6 tys. 9 dzieci zostało adoptowanych i znalazło rodzinę. Obejmuje to także adopcje międzynarodowe - 710 dzieci, które w 24 proc. były niepełnosprawne.

To niewiarygodnie mała liczba w porównaniu z potrzebami. Jak mówią mocno rozgoryczeni kandydaci na rodziców, mimo przepełnionych domów dziecka łatwiej w Polsce dziecko kupić niż je zaadoptować. Innego zdania są pracownicy ośrodków adopcyjnych. - Dzieci to nie towar, dzieci się nie rozdaje! - bronią się, twierdząc, że raport sprowadza ich codzienną pracę do krzywdzących wniosków.

Kontrola w ośrodkach adopcyjnych została przeprowadzona sześć lat po wejściu w życie ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, która zakłada m.in. odejście od dużych domów dziecka na rzecz wzmacniania opieki zastępczej oraz powołanie asystentów rodziny, mających za zadanie pomoc rodzinom z trudnościami, aby ograniczyć liczbę porzucanych dzieci.
Redakcja poleca: Mama rekordzistka: Danuta Ulidowicz jest najdłużej pracującą mamą SOS Wiosek Dziecięcych [WIDEO]
W tej historii jest wszystko, co najpiękniejsze w macierzyństwie: miłość, cierpliwość, wyrozumiałość i oddanie. Pani Danuta przez 34 lata tworzyła dom dla 19 dzieci, nie posiadających rodziny. To o niej powstał film "Mistrzyni świata". Zobacz relację z jego prapremiery - to historia z wielokrotnym happy endem.

Adopcja "po polsku"

O tym, jak wyglądają realia adopcji w naszym kraju, dobrze pokazuje przykład bezdzietnego małżeństwa J., pary trzydziestokilkulatków. Są stomatologami z prywatną praktyką. Chcieli zaadoptować starsze dziecko, po przejściach. Stracili cierpliwość po 3 latach. Kiedy po raz kolejny musieli stawiać się na szkolenia, dostarczać nowe dokumenty, bo stare zdążyły stracić ważność, zapewniać, że są zdrowi na ciele i umyśle.

- Przez pierwsze miesiące wydawało nam się, że damy radę. Że będzie to sprawdzian dla nas jako dla przyszłych rodziców. Byliśmy bardzo zdeterminowani - wspomina pani J. w rozmowie z dziennikarką gazety.pl - A potem okazało się, że z dwóch lat nasz czas adaptacyjny wydłuży się do trzech, a może nawet czterech. Przez blisko rok nie mieliśmy kompletnie żadnej informacji z ośrodka - dodaje pan J.

W końcu dowiedzieli się, że ośrodek adopcyjny wystawił im negatywną ocenę. Bez podania przyczyny i bez możliwości odwołania się. Dopiero uczestnicy forum nasz-bocian.pl, będący w podobnej sytuacji, uświadomili im przyczynę: nie dostali dziecka, bo obydwoje mieli za sobą rozwody. Podobno w ośrodku, który wybrali, na rozwodników patrzono nieprzychylnie, stawiając ich na ostatnim miejscu w kolejce po dziecko. Takich par są w Polsce tysiące.

Brak jednolitych kryteriów

Od lat problemem adopcji w Polsce są:
  • niejednolite kryteria dla wszystkich województw (wymagane są różne dokumenty oraz warunki ich składania);
  • wyśrubowane procedury;
  • nie zawsze sprawiedliwe wymagania;
  • przedłużające się obrady komisji kwalifikacyjnych.

Dokumenty składane są tak naprawdę w ciemno. Nie można nawet sprawdzić, ile dzieci zostało zakwalifikowanych przez dany ośrodek do adopcji ani ilu jest chętnych rodziców. Z raportu wynika, że niektóre ośrodki oczekują od kandydatów zaświadczeń o stanie zdrowia, przyczynach bezdzietności lub braku uzależnień, do czego tak naprawdę nie mają prawa. Zdarzały się przypadki, że żądano od potencjalnych rodziców wyjaśnienia przyczyn rozwodów, a także... aktywnego uczestnictwa w życiu lokalnej parafii.

Ten raport uderza w nas

Pracownicy ośrodków adopcyjnych źle odebrali kontrolę NIK. - Jestem już zmęczona udowadnianiem, że ośrodki adopcyjne dobrze pracują. Bardzo rzadko spotyka się pozytywne przekazy publiczne, zazwyczaj mówi się o utrudnieniach dla kandydatów, opieszałości w działaniu, przetrzymywaniu dzieci, a teraz jeszcze doszły działania korupcyjne. To dla nas bardzo przykre - podkreśliła dyrektorka ośrodka adopcyjnego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci przy ul. Kredytowej w Warszawie Monika Jagodzińska.

Jej zdaniem raport nie zauważa pozytywnej roli ośrodków, tego, że ich pracownicy bardzo często pełnią funkcję opiekunów prawnych dzieci i są do dyspozycji o każdej porze dnia i nocy.

- Prawda jest taka, że wielokrotnie mówiliśmy o potrzebie wprowadzenia ogólnopolskich regulacji, bo nie powinno być sytuacji, że w jednym ośrodku małżeństwo dostaje odmowę albo rezygnuje z połowy szkoleń i zgłasza się do kolejnego, w którym "jest łatwiej dostać dziecko" - żali się jeden z urzędników zajmujących się adopcjami.

Czasami się udaje... z pomocą kościoła

Adopcja dziecka to droga, która może trwać rok, ale może też ciągną się przez 4-5 lat. O dużym szczęściu może mówić małżeństwo P. Im udało się dostarczyć dokumenty, przejść szkolenia i zdobyć pozytywną opinię komisji kwalifikacyjnej w ciągu roku. Teraz czekają już tylko na dziecko. Ich przepis na sukces? - Ośrodek katolicki. Nie jesteśmy rozwodnikami, nie mamy dzieci z poprzednich związków i w sumie trochę przez przypadek i bardziej dla rodziny zdecydowaliśmy się na ślub kościelny - mówią małżonkowie.

Kosztowne dziecko?

Zarzuty NIK dotyczą także finansowania adopcji w Polsce. "W ostatnich dwóch latach na ich prowadzenie wydawano średnio 30 mln złotych rocznie, a na jedno adoptowane dziecko przypadało w ramach procedury 13 tys. złotych" - wynika z raportu. Miesięczne utrzymanie dziecka w całodobowej placówce kosztuje od 3,5 tys. do 8 tys. złotych, w zależności od typu placówki i województwa. Dużo? Nie - ośrodki żalą się na za małe środki pieniężne przeznaczone na ich działanie. Za szkolenia dla kandydatów na rodziców nie otrzymują nawet złotówki. Regularnie zwracają się do samorządów o pomoc finansową. Bez skutku.

Choroba sieroca przenoszona drogą prawną

Gdyby zliczyć wszystkich kandydatów na rodziców adopcyjnych i poddać ich wstępnej selekcji, domy dziecka można byłoby wyburzyć. Ale w pieczy zastępcze wciąż czekają tysiące dzieci. Niestety w dwóch trzecich przypadków biologiczne matki nie dopełniają niezbędnych procedur i podpisują tzw. zgody blankietowe, umożliwiające adopcję. W pozostałych takie "nieuregulowanie" potrafi trwać latami.

Szczególnie pilna jest potrzebę uproszczenia procedur adopcyjnych w przypadku najmłodszych. - Noworodki porzucone w szpitalach lub oknach życia powinny jak najszybciej trafiać do kochających rodziców. W ich przypadku budowanie więzi emocjonalnej trwa od pierwszych chwil życia. Dotyk, przytulanie to bodźce niezwykle przyspieszające rozwój fizyczny - mówi dr Marta Majorczyk, nauczyciel akademicki i pedagog z poradni przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu.

Co na to wszystko Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, nadzorujące ośrodki? Resort zauważa, że raport NIK odnosi się zaledwie do 15 z 64 ośrodków adopcyjnych i jako taki nie powinien być do końca wiążący. I przypomina, że odpowiedzialność za kontrolę nad ośrodkami tak naprawdę leży w gestii zarządów województw. Obiecuje: "pewne procedury adopcyjne mają ulec standaryzacji". Kiedy? Nie wiadomo. Na pewno skróceniu nie ulegnie czas oczekiwania na dziecko.

Napiszcie w komentarzach swoje zdanie o tym, jak wygląda adopcja dzieci w Polsce.

Źródło: gazeta.pl [content:0_24903,0_1065,0_10129,2_1120:PsychologicalTest]  
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy