Reklama

Argument brzmi znajomo, bo pojawia się coraz częściej w mediach społecznościowych: skoro przeklinam, kiedy jestem wściekła, zdenerwowana czy po prostu wykończona, to hamowanie się przy dziecku jest nieautentyczne. Uczy je, że w domu obowiązuje inna wersja mnie niż ta prawdziwa. Brzmi przekonująco - do momentu, w którym zapytamy specjalistkę, czy ta teoria ma cokolwiek wspólnego z tym, jak faktycznie działa psychika dziecka. I tu zaczynają się schody dla popularnej narracji o "byciu sobą za wszelką cenę".

Autentyczność to nie brak filtra

Agnieszka Dąbrowska nie ma wątpliwości. – Nie znam badań, które potwierdzałyby takie rozumienie autentyczności – mówi. I tłumaczy dalej, że rodzicielstwo od zawsze wiązało się z modelowaniem zachowań, których chcemy uczyć dziecko, a to nie ma nic wspólnego z udawaniem czy okłamywaniem samego siebie. – Można być naprawdę złym, sfrustrowanym czy zmęczonym i jednocześnie wybierać sposób, w jaki te emocje wyrażamy – podkreśla. Co jednak ważne, ekspertka od razu zaznacza, że nie chodzi o wpisanie się w skrajność w drugą stronę. – Nie oznacza to oczywiście, że pojedyncze przekleństwo wypowiedziane w silnych emocjach jest czymś bardzo złym – dodaje.

Dziecko nie słucha słów, dziecko obserwuje wzorzec

A. Dąbrowska zwraca uwagę na coś, co łatwo przeoczyć w emocjach codziennego dnia: dziecko nie analizuje słownika rodzica, ono buduje na jego podstawie własny sposób funkcjonowania. – Dziecko przede wszystkim uczy się przez obserwację. Jeśli przekleństwa są stałym elementem reagowania na stres, mogą stać się dla niego naturalnym sposobem wyrażania złości, frustracji czy bezsilności – wyjaśnia. I zaraz dodaje ważne zastrzeżenie, które warto zapamiętać, żeby nie wpadać w rodzicielską panikę po każdym jednym "niecenzuralnym" słowie: – Nie chodzi o to, że samo usłyszenie wulgaryzmu robi dziecku trwałą krzywdę, kłopotem może być ten model komunikacji, który dziecko regularnie obserwuje.

Innymi słowy, przekleństwo samo w sobie nie jest toksyną, która wnika w dziecko i zostaje tam na zawsze. Jest raczej wskaźnikiem czegoś większego - sposobu, w jaki rodzina radzi sobie z napięciem. – Przekleństwo może przynieść chwilową ulgę, ale samo w sobie nie uczy konstruktywnego wyrażania emocji ani radzenia sobie z napięciem – zauważa A. Dąbrowska. Warto pamiętać, że ulga w moment złości i nauka regulowania emocji na dłuższą metę to dwie zupełnie inne rzeczy.

Jedno słowo w emocjach a przeklinanie jako styl

Skoro samo słowo nie jest problemem, logicznie nasuwa się pytanie, gdzie właściwie przebiega granica między "to się zdarza" i "mamy problem". A. Dąbrowska odpowiada: – Pojedyncze przekleństwo w silnych emocjach ma zupełnie inny charakter niż wulgaryzmy, które na stałe wpisują się w codzienny język domu.

Kluczem, jak podkreśla ekspertka, jest kontekst i funkcja, jaką dane słowo pełni. – Ważne jest, w jakiej sytuacji się pojawiają i jaką pełnią funkcję: czy są chwilowym wyładowaniem napięcia, czy stają się sposobem reagowania na trudne sytuacje lub przejawem agresji wobec innych – mówi. – Warto więc patrzeć nie na samo słowo, ale na wzorzec, który dziecko obserwuje.

Trzylatek i nastolatek to nie ten sam odbiorca

Osobną kwestią, którą wielu rodziców pomija, jest wiek dziecka. Trudno przecież stosować te samo zasady wobec przedszkolaka i szesnastolatka, i ekspertka to potwierdza. – Młodsze dzieci mają mniejsze możliwości rozumienia kontekstu i silniej uczą się przez naśladowanie. Trzylatek może przede wszystkim przejąć samo słowo i sposób jego użycia – wyjaśnia. Starsze dzieci funkcjonują już inaczej. – Starsze dziecko czy nastolatek lepiej rozumie znaczenie i kontekst. W przypadku nastolatków pewna akceptacja potocznego, również bardziej dosadnego języka może czasem ułatwiać kontakt i sprawiać, że rozmowa jest bardziej naturalna – zauważa psycholożka.

To jednak nie znaczy, że przy starszym dziecku wszystko wolno. – Nie oznacza to jednak rezygnacji z granic. Nadal ważne jest, czego słowa dotyczą i w jaki sposób są używane – zaznacza.

Można czuć wszystko i nie sięgać po wulgaryzmy

Skoro więc regulowanie języka nie jest udawaniem, to jak w praktyce pokazać dziecku prawdziwe emocje: złość, frustrację, wykończenie bez sięgania po przekleństwa? A. Dąbrowska jest tu fanką jednego, konkretnego podejścia: spójności między tym, co czujemy, i tym, co mówimy. – Dziecko powinno widzieć, że złość, frustracja czy zmęczenie są naturalne i można o nich mówić wprost – mówi. Jako przykład podaje proste, ale niedoceniane komunikaty: „Jestem bardzo zdenerwowana”, czy „Potrzebuję chwili, żeby ochłonąć.” – To są autentyczne komunikaty, choć nie zawierają wulgaryzmów – dodaje.

Regulacja emocji, jak precyzuje ekspertka, to nie chowanie ich. – Regulacja emocji nie polega na ukrywaniu, ale na znalezieniu sposobu, by wyrazić je bez ranienia siebie i innych – wyjaśnia. – Dziecko dostaje wtedy ważną lekcję: emocje są prawdziwe i można o nich mówić, ale nie każda impulsywna reakcja musi zostać wypowiedziana. Co więcej, jak dodaje A. Dąbrowska, szukanie innych, bardziej precyzyjnych słów wcale nie zubaża języka domu — działa raczej odwrotnie. – Szukanie innych określeń może wzbogacać język i sprawiać, że komunikat staje się bardziej precyzyjny, a nie po prostu uboższy.

A jeśli dziecko już usłyszało i pyta?

Zostaje jeszcze pytanie, które prześladuje niejednego rodzica: co robić, kiedy przekleństwo już padło, a dziecko zapytało, co to znaczy? Psycholożka uspokaja: – Taką sytuację można potraktować jako naturalną okazję do rozmowy o emocjach i języku. Można krótko wyjaśnić, co oznacza dane słowo i dlaczego pojawiło się w konkretnej sytuacji, a następnie nazwać emocję, która za nim stała - radzi.

Nie trzeba też budować sobie wizerunku rodzica nieomylnego. – Warto też pokazać dziecku, że dorosłym zdarzają się językowe potknięcia, czy przyznać, że mogło to nie być nasza najlepsza reakcja - mówi Dąbrowska. I to być może najważniejsza myśl z całej rozmowy: - Taka reakcja może być dla dziecka cenniejszą lekcją niż próba stworzenia obrazu rodzica, który nigdy nie traci kontroli.

Nie o to chodzi, żeby dziecko wychowywał rodzic bez emocji, idealny i zawsze spokojny. Chodzi o to, żeby zobaczyło, że emocje można mieć, nazywać i przez nie przechodzić — bez założenia, że jedyną drogą wyjścia jest sięgnięcie po najmocniejsze słowo, jakie akurat przyjdzie do głowy.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...