Agnieszka od lat lubi spacerować po lesie. To dla niej sposób na odpoczynek po pracy, uporządkowanie myśli i chwilę wytchnienia od codziennych obowiązków. Tamtego popołudnia wybrała się na swoją ulubioną trasę, prowadzącą przez niewielki zagajnik i dalej w stronę leśnej polany.  Pogoda nie była idealna, więc w lesie nie było wielu ludzi.

WIDEO…

player placeholder

W pewnym momencie minęła młode małżeństwo z kilkuletnim chłopcem. Rodzice szli spokojnie przed siebie, a maluch co chwilę przystawał, przyglądał się roślinom i zbierał patyki. Agnieszka uśmiechnęła się na ten widok. Dziecięca ciekawość wydała jej się zupełnie naturalna. Pomyślała też, że to muszą być fajni rodzice, bo zabierają dziecko na spacer nie tylko wtedy, gdy jest ciepło i słonecznie. Nie przypuszczała, że kilkadziesiąt minut później ponownie spotka tę rodzinę w okolicznościach, które wywołają w niej ogromne oburzenie.

Zapłakany czterolatek stał sam na leśnej drodze. Kobieta natychmiast ruszyła mu na pomoc

Kiedy Agnieszka wracała już w stronę parkingu, usłyszała dziecięcy płacz. Początkowo pomyślała, że gdzieś niedaleko spaceruje rodzina z maluchem, który zmęczył się albo przewrócił. Po chwili jednak dostrzegła na ścieżce małego chłopca. Stał zupełnie sam, rozglądał się nerwowo i rozpaczliwie wołał mamę.

Zobacz także:

Kobieta od razu rozpoznała dziecko, które wcześniej widziała z rodzicami. Chłopiec miał charakterystyczną jasną kurteczkę i niewielki plecak z dinozaurem. Teraz jednak, zamiast z zainteresowaniem przyglądać się otoczeniu, wyglądał na kompletnie przerażonego.

– Serce mi zamarło. Maluch płakał tak mocno, że ledwo mógł złapać oddech. Rozglądał się na wszystkie strony i powtarzał, że nie wie, gdzie jest mama. W pobliżu nie widziałam żadnego dorosłego. Pomyślałam, że naprawdę się zgubił – opowiada Agnieszka.

Kobieta podeszła do chłopca, przykucnęła, żeby znaleźć się na wysokości jego oczu, i spokojnie zapytała, co się stało. Czterolatek wyjaśnił przez łzy, że szedł z rodzicami, ale na chwilę zatrzymał się przy ścieżce. Zauważył coś interesującego wśród liści i przykucnął, żeby lepiej się temu przyjrzeć. Kiedy podniósł głowę, mamy i taty już nie było.

– Powiedział mi, że oglądał jakiegoś robaczka. Tak bardzo go zaciekawił, że zapomniał o całym świecie. A potem zobaczył, że został sam. Ciągle pytał, czy pomogę mu znaleźć mamusię – wspomina kobieta.

Agnieszka zaczęła uspokajać chłopca. Zapewniła go, że nie zostawi go samego i pomoże mu odnaleźć rodziców. Uznała, że nie ma na co czekać. Wyciągnęła z kieszeni telefon, zamierzając zadzwonić na policję i zgłosić znalezienie dziecka bez opieki.

Właśnie wtedy zza zakrętu leśnej ścieżki wyłonili się rodzice malucha. Agnieszka poczuła ogromną ulgę. Była przekonana, że za chwilę zobaczy przerażoną matkę, która rzuci się synowi na szyję i zacznie dziękować za pomoc.

Reakcja rodziców zupełnie ją jednak zaskoczyła.

„Specjalnie się schowaliśmy. Mały musi się nauczyć, że ma się pilnować rodziców”

Chłopiec natychmiast pobiegł w stronę mamy. Przytulił się do jej nóg i jeszcze mocniej się rozpłakał. Kobieta pogłaskała go po głowie, ale zamiast uspokoić syna, zaczęła tłumaczyć mu, że właśnie przekonał się, dlaczego nie powinien zostawać w tyle.

Ojciec chłopca wyglądał na zupełnie niewzruszonego. Kiedy Agnieszka zapytała, czy wiedzieli, że ich dziecko zostało samo na leśnej drodze, odpowiedział, że oczywiście. Co więcej, okazało się, że rodzice wcale nie stracili syna z oczu przypadkiem.

– Usłyszałam, że specjalnie schowali się za drzewami, kiedy mały przykucnął przy ścieżce. Chcieli, żeby się przestraszył i zapamiętał, że podczas spaceru trzeba pilnować mamy i taty. Nie mogłam uwierzyć, że mówią to zupełnie spokojnie, jakby opowiadali o niewinnej zabawie – relacjonuje Agnieszka.

Rodzice tłumaczyli, że chłopiec ma tendencję do zatrzymywania się przy każdej interesującej rzeczy. Według nich przez takie zachowanie spacery niepotrzebnie się wydłużają, a maluch nie reaguje na ponaglenia. Postanowili więc pokazać mu, jakie mogą być konsekwencje nieuwagi.

– Ojciec powiedział mi mniej więcej tak: „On musi się w końcu nauczyć, że nie może ciągle zostawać z tyłu. My nie będziemy przez cały spacer oglądać każdego robaka i listka. Jak się raz porządnie przestraszy, to następnym razem będzie się nas pilnował” – wspomina kobieta.

Matka chłopca przytaknęła mężowi. Dodała, że nie zamierzali naprawdę zostawiać dziecka w lesie, a jedynie obserwowali je z ukrycia. W ich ocenie sytuacja była całkowicie kontrolowana i nie stanowiła żadnego zagrożenia.

Agnieszka nie potrafiła zaakceptować tego tłumaczenia. Patrzyła na chłopca, który nadal szlochał, kurczowo trzymając się matczynej kurtki. Nie wyglądał na dziecko, które właśnie nauczyło się ważnej zasady. Wyglądał na malucha, który przez kilka minut był przekonany, że najbliżsi go porzucili.

– Najbardziej uderzyło mnie to, że oni naprawdę nie widzieli w swoim zachowaniu niczego złego. Byli dumni, że wymyślili taką skuteczną nauczkę. A przecież ich syn był przerażony. Nie rozumiał, że mama i tata stoją gdzieś za drzewem i obserwują jego reakcję. Dla niego oni po prostu zniknęli – podkreśla Agnieszka.

„To nie dziecko ma się pilnować rodziców. To rodzice mają pilnować dziecka”

Choć Agnieszka była bardzo zdenerwowana, postanowiła nie podnosić głosu. Nie chciała dodatkowo niepokoić chłopca, który i tak przeżył już wystarczająco dużo stresu. Zwróciła się więc do rodziców spokojnie, ale stanowczo, tłumacząc, dlaczego uważa ich pomysł za wyjątkowo nieodpowiedzialny.

– Powiedziałam im, że czterolatek ma pełne prawo zainteresować się robaczkiem, kamieniem czy kolorowym liściem. To naturalne, że poznaje świat i czasami tak bardzo skupia się na jakimś odkryciu, że przestaje zwracać uwagę na otoczenie. Właśnie dlatego potrzebuje dorosłych, którzy będą nad nim czuwać – opowiada.

Kobieta zwróciła uwagę, że rodzice odwrócili odpowiedzialność za bezpieczeństwo podczas spaceru. Zamiast pilnować małego dziecka i dostosować tempo marszu do jego możliwości, oczekiwali, że to ono będzie nieustannie kontrolować, gdzie znajdują się dorośli.

– Powiedziałam im wprost: „To nie wasz czteroletni syn ma was pilnować. To wy macie pilnować jego. On jest dzieckiem i ma prawo zachowywać się jak dziecko. Jeśli coś go zaciekawiło, powinniście przy nim stanąć, a nie znikać mu z oczu, żeby dać mu nauczkę” – relacjonuje Agnieszka.

Rodzice nie przyjęli tych słów z entuzjazmem. Ojciec chłopca stwierdził, że kobieta przesadza, ponieważ nic złego się nie wydarzyło. Jego zdaniem współcześni dorośli są przewrażliwieni, a dzieciom nie pozwala się zdobywać doświadczeń i poznawać konsekwencji własnych zachowań.

Agnieszka nie zamierzała jednak ustępować. Zwróciła uwagę, że istnieje zasadnicza różnica między uczeniem dziecka ostrożności a celowym wywoływaniem w nim strachu. Czterolatek może stopniowo przyswajać zasady bezpieczeństwa, ale potrzebuje do tego spokojnych wyjaśnień, cierpliwego przypominania i wsparcia.

Co więcej, zdaniem kobiety takie doświadczenie może osłabić zaufanie malucha do rodziców. Dziecko, które nagle odkrywa, że mama i tata potrafią celowo zniknąć, niekoniecznie staje się bardziej odpowiedzialne. Może za to zacząć obawiać się, że bliscy ponownie je zostawią.

– Zapytałam ich, czego właściwie chcieli nauczyć syna. Że las jest niebezpieczny? Że nie wolno oglądać owadów? A może, że mama i tata mogą nagle zniknąć, kiedy zrobi coś, co im się nie spodoba? Przecież to nie jest budowanie samodzielności, tylko odbieranie dziecku poczucia bezpieczeństwa – mówi Agnieszka.

Czy straszenie dziecka może nauczyć je ostrożności? Granica, której rodzice nie powinni przekraczać

Historia opisana przez Agnieszkę pokazuje, jak łatwo pomylić naukę odpowiedzialności z wychowaniem opartym na strachu. Rodzice często chcą, żeby ich dzieci były ostrożne, uważne i potrafiły radzić sobie w różnych sytuacjach. To zrozumiałe, szczególnie podczas spacerów w miejscach, gdzie zgubienie się może stanowić realne zagrożenie.

Problem pojawia się wtedy, gdy zamiast uczyć konkretnych zasad bezpieczeństwa, dorośli celowo doprowadzają do sytuacji, w której dziecko czuje się opuszczone i bezradne.

Czterolatek nie ma jeszcze takich możliwości przewidywania konsekwencji i kontrolowania uwagi jak osoba dorosła. Naturalna ciekawość świata jest jednym z najważniejszych mechanizmów jego rozwoju. Przyglądanie się owadom, zbieranie kamyków czy obserwowanie roślin pozwala mu poznawać otoczenie, zadawać pytania i rozwijać wyobraźnię.

Nie oznacza to oczywiście, że dziecko może podczas spaceru oddalać się bez ograniczeń. Rodzice powinni uczyć je zatrzymywania się na umówiony sygnał, pozostawania w zasięgu wzroku i informowania dorosłych, kiedy chce przyjrzeć się czemuś z bliska. Takie zasady warto jednak ćwiczyć spokojnie, bez celowego wywoływania lęku.

Agnieszka uważa, że szczególnie niepokojące było zachowanie rodziców po zakończeniu całego zdarzenia. Zamiast dostrzec, jak bardzo przestraszyli syna, skupili się na przekonaniu, że przeprowadzona przez nich lekcja przyniesie oczekiwane rezultaty.

– Nie oczekiwałam, że zaczną mnie przepraszać albo przyznają mi rację. Chciałam tylko, żeby spojrzeli na swojego synka i zrozumieli, co mu zrobili. On naprawdę wierzył, że został sam. Trząsł się, płakał i wołał mamę. Nie widzę w tym żadnej wartości wychowawczej – przyznaje kobieta.

– Najbardziej szkoda mi tego chłopca. Jeszcze chwilę wcześniej był szczęśliwy, bo znalazł przy drodze coś ciekawego. Zamiast wspólnego zachwytu dostał lekcję strachu. Mam tylko nadzieję, że nie straci przez to tej pięknej dziecięcej ciekawości – podsumowuje Agnieszka.

Cała sytuacja pozostawia ważne pytanie o granice wychowawczych eksperymentów. Dzieci rzeczywiście muszą stopniowo uczyć się samodzielności, ale nie powinny zdobywać jej kosztem poczucia bezpieczeństwa. Zadaniem rodzica nie jest sprawienie, żeby czterolatek bał się stracić go z oczu. Jest nim stworzenie takich warunków, w których dziecko może spokojnie poznawać świat, wiedząc, że dorosły czuwa nad jego bezpieczeństwem.

Zobacz także: Przestań tłumaczyć dziecku wszystko po 100 razy. Prosty trik „trzech palców” uczy przedszkolaka słuchania