Przedszkola działają do późnego popołudnia, by rodzice mogli pogodzić pracę z opieką nad dziećmi. Nauczycielki zauważają jednak, że część dzieci regularnie zostaje w placówce niemal do ostatniej minuty. Niepokoi je, gdy takie sytuacje nie są wyjątkiem, a stają się regułą.
WIDEO…
„Ostatnie dziecko nie odrywa oczu od drzwi”
– Najbardziej widać to pod koniec dnia. Dzieci zaczynają się rozchodzić, rodzice przychodzą jedno po drugim, a kilka maluchów nadal czeka. Wtedy zaczynają się pytania: „A moja mama kiedy przyjdzie?” – mówi Marta, nauczycielka przedszkolna.
Jak zauważa, dla małego dziecka pół godziny może być zupełnie innym doświadczeniem niż dla dorosłego.
– Rodzic mówi: „Przecież przedszkole jest otwarte do 17.30, zdążyłem”. Tylko że taki maluch nie rozumie do końca, co to znaczy. Jeśli wszystkie dzieci już poszły, a on zostaje sam z panią, która też nerwowo zerka na zegarek, robi mu się przykro i ma do tego pełne prawo.
Nauczycielka wspomina sytuację, która szczególnie zapadła jej w pamięć.
– Raz czteroletni chłopiec długo czekał na mamę. W pewnym momencie zapytał mnie: „A może mama już mnie nie kocha?”. To było bardzo trudne, bo przecież on nie rozumiał, że mama stoi w korku albo dopiero kończy pracę. On widział tylko, że inne dzieci już poszły, a po niego nikt nie przychodzi.
Podkreśla, że nie oznacza to automatycznie, że rodzic zaniedbuje dziecko.
– Absolutnie nie chcę tego mówić. Rodzice pracują, mają różne sytuacje, czasem naprawdę nie mogą wyjść wcześniej. Tylko warto pamiętać, że dziecko nie zna grafiku pracy i nie rozumie, dlaczego dzisiaj mama przychodzi po niego jako ostatnia.
„Przedszkole staje się przechowalnią dla leniwych rodziców”
Podobnego zdania jest Joanna, jednak w przeciwieństwie do Marty – nie przebiera w słowach.
– Jeśli ktoś pracuje do 17, a przedszkole jest otwarte do 17:30, to przecież trudno mieć pretensje, że przychodzi na ostatnią chwilę. Ale ja już mam serdecznie dość, jak o 17:29 przychodzą mamusie, które cały dzień siedzą w domu i ich jedynym zmartwieniem jest wybór koloru hybrydy – opowiada Joanna.
– Mnie jest zwyczajnie żal tych dzieciaków, bo one myślą, że rodzice o nich zapominają, że ich już nie chcą. Co ja mam im mówić, jak ja wiem, że mama czy tata po prostu się zapomnieli i wydaje im się, że przedszkole to przechowalnia. A jeszcze są tacy, którzy się spóźniają, notorycznie. Nic na nich nie działa, ani prośby, ani groźby.
Nauczycielka przyznaje, że czasami dzieci same pokazują, że chciałyby już wrócić do domu.
– Mówią: „Kiedy przyjdzie tata?”, „Dlaczego jeszcze nikogo nie ma?”. Pod koniec dnia są już zmęczone. Rano było dużo zabawy, zajęcia, spacer, obiad, odpoczynek. Po całym dniu naprawdę potrzebują już po prostu mamy albo taty.
Rodzice są dziś bardziej zabiegani niż kiedykolwiek
Trudno jednak sprowadzić wszystko do prostego stwierdzenia, że rodzicom się nie chce albo że przedszkole traktują jak przechowalnię. Wielu z nich naprawdę żyje w ciągłym biegu. Praca, dojazdy, zakupy, obowiązki domowe, lekarze, zajęcia dodatkowe dzieci – czasem dzień kończy się szybciej, niż człowiek zdąży zrobić połowę rzeczy z listy.
Do tego dochodzi presja, żeby być rodzicem zaangażowanym, obecnym i zawsze dostępnym. Dzieci mają mieć czas na zabawę, rozwijanie zainteresowań i odpoczynek, a rodzice jednocześnie próbują pogodzić to z pracą i własnym życiem. Nic dziwnego, że czasem zwyczajnie brakuje im kolejnych godzin w ciągu dnia.
Warto jednak pamiętać, że dziecko nie patrzy na zegarek tak jak dorosły. Nie wie, czy mama utknęła w pracy, czy tata miał spotkanie, czy po drodze trzeba było zrobić zakupy. Widzi tylko, że kolejne dzieci wychodzą do domu, a ono nadal czeka.
Być może właśnie dlatego warto czasem spojrzeć na późne odbieranie nie przez pryzmat winy rodziców, lecz potrzeb dziecka. Nie każdy późny powrót do domu oznacza zaniedbanie. Czasem jest po prostu efektem życia, w którym wszystkim brakuje czasu. Dobrze jednak, żeby w tym całym pędzie nie zgubić tego, co dla dziecka jest najważniejsze – poczucia, że ktoś na nie czeka.
Zobacz także: Siedzi z córką w przedszkolu całymi dniami, żeby 4-latka nie płakała. „Czekam, aż przywyknie”