Jakiś czas temu mignął mi na Facebooku wpis mamy, która porównywała współczesne urodziny dzieci do małych wesel. Żeby wyprawić przyjęcie dla kilkuletniego solenizanta, trzeba zarezerwować salę, zadbać o przekąski, słodki poczęstunek i tort, zapewnić atrakcje typu fotobudka czy animator, a na koniec przygotować jeszcze drobne upominki dla zaproszonych gości. Samo zaproszenie dzieci z grupy przedszkolnej potrafi więc oznaczać całkiem sporo planowania i wydatków.

WIDEO…

player placeholder

W ostatnich latach rodzice coraz częściej dyskutują o organizowaniu przyjęć poza domem, kosztach takich imprez i zwyczaju wręczania drobnych prezentów wszystkim dzieciom. Jedni widzą w tym wygodne rozwiązanie i sposób na sprawienie dziecku wyjątkowej radości. Inni mają wrażenie, że świętowanie zamieniło się w kolejny obowiązek, któremu trzeba sprostać. Szczególnie mocno mogą to odczuwać rodzice, którzy sami dorastali w latach 90. Ich urodzinowe wspomnienia często wyglądają zupełnie inaczej niż imprezy organizowane dzisiaj.

Paluszki, koreczki i oranżada. Tak wyglądały urodziny w latach 90.

– Kiedy byłam mała, urodziny robiło się w domu. Mama przygotowywała coś do jedzenia, na stole stały paluszki, koreczki, może jakieś ciasto i oranżada. Był tort, świeczki, śpiewanie „Sto lat”, a potem zabawa z koleżankami. Nikt nie wynajmował sali ani nie zastanawiał się, czy każdy gość dostanie paczuszkę z prezentem na pożegnanie. I naprawdę nie pamiętam, żeby komukolwiek czegoś brakowało – mówi jedna z moich znajomych, mama przedszkolaka.

Zobacz także:

Jak dodaje, dzisiejsze urodzinowe zwyczaje zaczynają ją przytłaczać. Nie chodzi o to, że nie chce sprawiać dziecku radości, ale o wrażenie, że zwykła impreza musi być coraz bardziej wyjątkowa, dopracowana i kosztowna.

– Szczerze? Dobija mnie to. Chciałabym wrócić do tej prostoty, bo mam wrażenie, że teraz nawet urodziny trzeba robić na pokaz. Sala, jedzenie, tort, dekoracje, prezenty dla gości. A przecież to ma być zabawa dla dzieci, a nie wydarzenie, które rodzice przygotowują tygodniami. W latach 90. to było nie do pomyślenia – podkreśla.

„Czasy się zmieniają, trzeba się dostosować”

Nie wszyscy rodzice-milenialsi patrzą na sprawę w ten sposób. Moja druga znajoma, również mama przedszkolaka, przyznaje, że współczesne przyjęcia różnią się od tych, które pamięta z dzieciństwa, ale nie uważa tego za powód do narzekania.

– Czasy się zmieniają i nie ma co udawać, że wszystko musi wyglądać tak jak kiedyś. Dzieci mają dziś inne możliwości, jest mnóstwo sal zabaw, można zamówić gotowy pakiet i nie martwić się sprzątaniem mieszkania. Rozumiem, że dla niektórych to dodatkowy wydatek, ale ja po prostu się dostosowuję. Jeśli dzieci zapraszają się na takie urodziny, to chcę, żeby moje też miało miłe wspomnienia – mówi.

Jej zdaniem nie trzeba od razu organizować wystawnej imprezy, żeby dziecko było szczęśliwe. Dla części rodzin sala zabaw to po prostu wygoda, szczególnie jeśli w domu brakuje miejsca na przyjęcie większej grupy przedszkolaków. Nie każdy wybiera takie rozwiązanie z potrzeby imponowania innym.

Właśnie w tym tkwi sedno sporu. To, co dla jednych jest niepotrzebną presją, dla innych może być praktycznym sposobem na zorganizowanie dziecięcej imprezy.

Czy urodziny stały się kolejnym rodzicielskim wyścigiem?

Problem zaczyna się wtedy, gdy rodzice przestają słuchać swojego dziecka, a zaczynają robić to, co – ich zdaniem – wypada, bez względu na to, czego tak naprawdę chce maluch. Jeśli większość dzieci z grupy świętuje w sali zabaw, ktoś może obawiać się, że przyjęcie w domu zostanie uznane za gorsze. Jeśli solenizant rozdaje gościom upominki, inni rodzice mogą czuć, że również powinni przygotować podobne paczuszki.

Nie musi to być świadoma rywalizacja. Czasem wystarczy kilka kolejnych imprez, po których dziecko wraca zachwycone atrakcjami i pyta, czy jego urodziny też będą wyglądały w ten sposób. Rodzic chce sprawić mu radość, więc zaczyna planować coś większego. A później podobne oczekiwania pojawiają się w kolejnych rodzinach.

Nie ma nic złego w wynajęciu sali, zamówieniu tortu czy przygotowaniu prezentów dla gości, jeśli sprawia to radość i mieści się w możliwościach rodziny. Tak samo nie ma nic złego w świętowaniu w domu, przy prostym poczęstunku i zabawach wymyślonych przez rodziców.

Zamiast zastanawiać się, czyje urodziny są bardziej udane, warto przypomnieć sobie, dla kogo właściwie je organizujemy. Dzieci nie potrzebują identycznych imprez ani coraz większej liczby atrakcji. Potrzebują przede wszystkim okazji do wspólnej zabawy i poczucia, że ten dzień jest ich świętem. A paluszki, koreczki i oranżada? Dla niektórych milenialsów to nadal całkiem dobry przepis na udane urodziny.

Zobacz także: