Alicja nie planowała wracać do pracy od razu po porodzie. Chciała zostać z dzieckiem, skorzystać z urlopu macierzyńskiego i wychowawczego. Nie oznaczało to jednak, że zamierzała całymi dniami leżeć na kanapie.
WIDEO…
Od rana miała ręce pełne roboty. Karmienie, przewijanie, usypianie, zakupy, gotowanie, pranie, sprzątanie, zmywanie. Do tego dochodziło pilnowanie rachunków, planowanie wydatków i zwykłe organizowanie życia całej rodziny. Alicja szybko zauważyła, że nawet jeśli nie pracuje zawodowo, jej praca wcale się nie skończyła. Jej mąż widział to jednak trochę inaczej.
– Przecież możesz już zacząć myśleć o powrocie do pracy – powiedział któregoś dnia.
Alicja nie potraktowała tego jako wielkiego problemu. Rozmawiali o tym już wcześniej. Wiedziała, że mąż chciał, żeby wróciła do pracy, bo uważał, że dzięki temu oboje będą zarabiać i łatwiej będzie im odkładać pieniądze.
Problem pojawił się wtedy, gdy rozmowa zeszła na to, co Alicja robi przez cały dzień.
– Ty masz teraz dużo łatwiej. Siedzisz tylko w domu, też bym tak chciał – usłyszała.
To zdanie ją zabolało, ale jeszcze bardziej zabolało ją to, co powiedział chwilę później.
– Nie możesz całe życie być takim wałkoniem.
Alicja przyznaje, że wtedy naprawdę się zagotowała.
Nie dlatego, że mąż chciał, żeby wróciła do pracy. O takich rzeczach można przecież rozmawiać. Chodziło o to, że jego zdaniem pozostawanie w domu z maluszkiem było równoznaczne z lenistwem.
– Pomyślałam wtedy, że skoro on uważa, że nic nie robię, to może po prostu policzymy, ile kosztowałoby zatrudnienie ludzi do wszystkich rzeczy, które robię – opowiada Alicja.
Następnego dnia wyjęła kalkulator
Nie zrobiła awantury. Nie trzaskała drzwiami i nie urządziła mężowi wykładu. Następnego dnia przyniosła mu kalkulator i notes. Usiadła przy stole i zaczęła zapisywać kolejne rzeczy.
Najpierw opiekę nad dzieckiem. Alicja policzyła, ile kosztowałaby ich rodzina, gdyby za każdym razem, kiedy ona zajmuje się maluchem, musieli korzystać z płatnej opieki. Potem dopisała sprzątanie, pranie, prasowanie, gotowanie, zmywanie i robienie zakupów.
Na liście znalazły się również wszystkie te drobne obowiązki, których na co dzień prawie się nie zauważa. Pilnowanie, czego brakuje w domu. Planowanie posiłków. Umawianie wizyt. Pamiętanie o rzeczach związanych z dzieckiem. Organizowanie codzienności.
– Powiedziałam mu: skoro twierdzisz, że siedzę i nic nie robię, to zobaczmy, ile musielibyśmy zapłacić, żeby ktoś robił to wszystko za mnie – wspomina.
Mąż początkowo patrzył na nią z niedowierzaniem. Alicja jednak miała jeszcze kilka argumentów.
„I jeszcze policzmy nasze mieszkanie”
Przypomniała mu, że ich sytuacja finansowa wcale nie wygląda tak, jakby musieli natychmiast ratować domowy budżet jej drugą pensją.
Mieszkali w mieszkaniu po jej babci. Nie mieli więc kredytu hipotecznego, a czynsz był stosunkowo niski. Alicja od zawsze była też bardzo gospodarna. Potrafiła zaplanować zakupy, nie wyrzucać jedzenia i pilnować wydatków. To również uważała za swój wkład w rodzinny budżet.
– Powiedziałam mu, żebyśmy spojrzeli na wszystko razem, a nie tylko na to, że obecnie nie dostaję pensji – mówi.
Był jeszcze jeden ważny argument. Jej mąż po prostu dobrze zarabiał.
Nie żyli luksusowo, ale jego pensja pozwalała im spokojnie pokrywać wszystkie podstawowe wydatki. Nie musieli wybierać między opłaceniem rachunków a kupieniem jedzenia. Nie groziła im utrata mieszkania ani problemy z regulowaniem zobowiązań.
Dlatego Alicja nie rozumiała, dlaczego jej pozostanie z dzieckiem jest przedstawiane jak finansowa katastrofa.
– Nie chodziło mi o to, żeby udowodnić, że jego praca jest mniej ważna. Chciałam tylko, żeby zrozumiał, że moja praca też ma wartość – tłumaczy.
Im dłużej liczyli, tym ciszej robiło się przy stole
Początkowo mąż próbował jeszcze dyskutować. Z czasem jednak coraz mniej miał do powiedzenia. Alicja nie ograniczyła się bowiem do pokazania, ile kosztowałaby opieka nad dzieckiem. Zwróciła też uwagę na to, że gdyby wróciła do pracy, część domowych obowiązków nie zniknęłaby przecież razem z jej pensją.
Nadal ktoś musiałby ugotować obiad. Wstawić pranie. Posprzątać. Zająć się dzieckiem. Zorganizować zakupy. Jeśli oboje pracowaliby na pełen etat, musieliby znaleźć sposób na podział tych obowiązków albo zapłacić komuś za część z nich.
– W pewnym momencie powiedziałam mu: „Ja nie siedzę w domu. Ja pracuję w domu. Tylko nie dostaję za to przelewu na konto” – wspomina Alicja.
Wtedy mąż przestał odpowiadać. Siedział nad notesem i patrzył na zapisane przez żonę liczby. Alicja spodziewała się raczej kolejnej dyskusji. Zamiast tego zobaczyła, że mąż zaczyna płakać.
„Nie wiedziałem, że tak to wygląda”
Alicja była zaskoczona. Nie chciała doprowadzić go do łez.
– Naprawdę nie spodziewałam się, że tak zareaguje. Myślałam, że się pokłócimy, a on po prostu się rozpłakał – opowiada.
Po chwili mąż miał powiedzieć, że chyba rzeczywiście przestał zauważać, ile rzeczy robi jego żona. Nie chodziło już tylko o pieniądze. Dotarło do niego, że przez ostatnie miesiące patrzył na jej macierzyński jak na czas, w którym jest poza pracą, zamiast jak na okres, w którym wykonuje zupełnie inną, całodzienną pracę.
Alicja nie uważa, że od tego momentu wszystko magicznie się zmieniło. Jak w każdej rodzinie nadal zdarzają im się spięcia i rozmowy o pieniądzach. Jedna rzecz jednak się zmieniła: mąż przestał mówić, że żona „siedzi w domu”.
– Myślę, że najbardziej potrzebował zobaczyć to wszystko zapisane przed sobą. Na co dzień człowiek widzi tylko pojedyncze rzeczy. Zrobiony obiad, rozwieszone pranie, posprzątane mieszkanie. Nie widzi całej reszty, która się za tym kryje – mówi Alicja.
Dziś, kiedy temat jej powrotu do pracy wraca, rozmawiają o nim inaczej. Nie o tym, czy Alicja jest „wałkoniem”, skoro chce zostać z dzieckiem. Tylko o tym, co będzie najlepsze dla ich rodziny i kiedy oboje uznają, że przyszedł właściwy moment na kolejną zmianę.
Zobacz także: Ugotowała dzieciom zdrowy obiad, a teściowa z mężem nazwali go pomyjami. „Mój odwet zapamiętają do grobowej deski”