Są rzeczy, które w pracy trudno powiedzieć głośno, bo od razu można wyjść na egoistkę albo osobę, która nie rozumie życia rodzinnego. Jedną z nich jest irytacja na koleżanki, które mają dzieci i zachowują się tak, jakby z tego powodu należały im się specjalne przywileje. Chodzi o sytuacje, w których ich potrzeby z góry uznaje się za ważniejsze niż potrzeby osób bezdzietnych. Jagoda zna ten problem aż za dobrze.

WIDEO…

player placeholder

„Jak nie masz dzieci, to przecież możesz pracować”

Jagoda pracuje w sklepie i, jak mówi, przed świętami co roku zaczyna się to samo. Grafik trzeba ułożyć tak, żeby ktoś pracował w najbardziej obleganych terminach, ale niektóre koleżanki z góry wiedzą, kto powinien zostać na miejscu.

– Mam wrażenie, że dla nich sprawa jest prosta: one mają dzieci, więc muszą mieć wolne. Ja nie mam, więc mogę pracować. Nikt mnie nawet nie pyta, czy mam jakieś plany. Po prostu zakładają, że skoro nie mam dzieci, to pewnie będę siedzieć sama w domu i oglądać telewizję – opowiada Jagoda.

Zobacz także:

Najbardziej denerwuje ją to, że nie chodzi o pojedynczą sytuację, tylko o powtarzający się schemat. Koleżanki chcą mieć wolne przed świętami, w same święta i po nich, bo przedszkola i szkoły są zamknięte, a dzieci trzeba przecież czymś zająć. Do zeszłego roku Jagoda pracowała nawet w Wigilię, rok w rok.

– Jedna potrafiła zaklepać sobie urlop na całe święta i sylwestra, bo przecież ma dzieci. A ja co? Mam nie mieć żadnych planów, bo nie jestem matką? Też mam rodzinę, znajomych, chciałabym czasem wyjechać albo po prostu odpocząć. Tylko jakoś nikt nie bierze tego pod uwagę – mówi.

Jagoda podkreśla, że nie ma pretensji do samych matek ani do tego, że potrzebują wolnego. Chodzi jej o przekonanie, że to właśnie im należy się pierwszeństwo, a reszta zespołu ma się dostosować.

– Najgorsze jest to, że jak człowiek zaprotestuje, to zaraz wychodzi na bezduszną. Bo jak to, nie rozumiesz, że ona ma dzieci? Rozumiem. Tylko nie rozumiem, dlaczego jej życie ma być ważniejsze od mojego.

„Kiedyś też nie miałam dzieci i pamiętam, jak to wyglądało”

Sandra ma dziś półtoraroczne dziecko i pracuje w biurze. Zna problemy związane z organizacją opieki, zamkniętym żłobkiem czy koniecznością dopasowania urlopu do rodzinnego kalendarza. Nie uważa jednak, że macierzyństwo powinno automatycznie dawać pierwszeństwo w każdej sytuacji.

– Pamiętam, jak sama nie miałam dzieci i słuchałam tekstów w stylu: „Ty możesz zostać dłużej, przecież nie musisz odebrać dziecka”. Albo że ktoś musi dostać wolne, bo ma małe dzieci, a ja przecież mam większą swobodę. Tylko że nikt nie wiedział, co ja planuję ani co mam poza pracą – wspomina.

Dziś sama czasem musi kombinować, jak pogodzić obowiązki zawodowe z opieką nad maluchem. Przyznaje, że to potrafi być trudne, ale nie daje jej to poczucia, że koleżanki powinny zawsze ustępować jej miejsca.

– Wiadomo, że z dzieckiem nie wszystko da się zaplanować. Czasem naprawdę potrzebuję wolnego i liczę na zrozumienie. Ale czym innym jest poprosić o pomoc, a czym innym wejść do pracy z nastawieniem, że wszyscy mają się do mnie dostosować, bo jestem matką. To nie jest żaden immunitet – mówi Sandra.

Jej zdaniem problem zaczyna się wtedy, gdy potrzeby rodziców traktuje się jak coś obiektywnie ważniejszego, a plany pozostałych pracowników uznaje za mniej istotne. Wtedy zamiast solidarności pojawia się frustracja, która potrafi ciągnąć się przez cały rok.

– Nie chciałabym, żeby ktoś miał do mnie pretensje tylko dlatego, że mam dziecko. Ale też nie chcę oczekiwać, że bezdzietna koleżanka zawsze weźmie za mnie niewygodną zmianę. Każdy ma swoje życie. W pracy powinny liczyć się jasne zasady, a nie to, kto ma dzieci, a kto nie – podsumowuje.

Zobacz także: Polscy mężczyźni są cwani? „Za granicą nie ma fifty-fifty. Koleżanka ma męża z RPA, który płaci na nią i jej dziecko”