Codzienność z małym dzieckiem bywa logistycznym wyzwaniem, zwłaszcza gdy przestrzeń wokół nas, zamiast pomagać, stawia kolejne bariery. Często powtarzamy, że do wychowania malucha potrzebna jest cała wioska, ale rzeczywistość polskich osiedli boleśnie to weryfikuje. Zamiast wsparcia i sąsiedzkiej empatii, młodzi rodzice regularnie natrafiają na mur oraz chłodne spojrzenia. Ostatnio przekonała się o tym moja bliska znajoma, Ania, która od kilku miesięcy próbuje pogodzić rolę aktywnej mamy z mieszkaniem w budynku, gdzie każdy krok z dziecięcym pojazdem przypomina tor przeszkód.

WIDEO…

player placeholder

Dziewczyna wróciła ze spaceru ze swoją córeczką, kompletnie przemoczona przez niespodziewaną ulewę i marząca tylko o ciepłej herbacie. Wchodząc do klatki schodowej swojego bloku, w którym na parterze działa zresztą domowe przedszkole, zauważyła na ścianie nową tablicę.

Pismo było krótkie, zwięzłe i uderzające bezpośrednio w nią oraz w kilka innych rodzin mieszkających w tym pionie. Administracja budynku w oficjalnym tonie wezwała lokatorów do natychmiastowego usunięcia wszelkich gabarytów i kategorycznego nieblokowania dostępu do skrzynek pocztowych oraz ciągów pieszych. Dla mojej koleżanki, zmęczonej nieprzespanymi nocami i codziennym dźwiganiem, to był moment, w którym po prostu puściły jej nerwy.

Zobacz także:

Matka z wózkiem i niewidzialne granice sąsiedzkiej empatii

Gdy Ania zadzwoniła do mnie wieczorem, w jej głosie wciąż słychać było ogromne drżenie oraz złość przeplataną z bezradnością. Opowiedziała mi o szczegółach tej sytuacji, a ja doskonale rozumiałam jej frustrację, bo problem dostępności przestrzeni publicznej dla wózków wraca w dyskusjach jak bumerang. Podkreślała, że nigdy celowo nie zastawiała przejścia tak, by ktokolwiek musiał przeciskać się bokiem. Zostawiała wózek w załomie ściany, starając się maksymalnie złożyć stelaż i szanować komfort innych mieszkańców bloku. Jednak suchy komunikat, który pojawił się na ścianie, potraktowała wyjątkowo osobiście, jako bezpośredni atak na swoją obecność w tej społeczności.

– To było jak policzek – wyznała mi szczerze Ania, kiedy siedziałyśmy przy kubku gorącej kawy, próbując rozłożyć całą tę sytuację na czynniki pierwsze. – Człowiek stara się nikomu nie wchodzić w drogę, kombinuje, jak może, a potem widzi taką kartkę i czuje się, jakby zrobił coś strasznego. Przecież ja nie zostawiam tam starych mebli ani śmieci, tylko sprzęt, bez którego nie jestem w stanie funkcjonować – mówiła.

Moja znajoma poczuła, że administracja kompletnie zignorowała realne potrzeby rodzin, skupiając się wyłącznie na sztywnych paragrafach i ułatwianiu pracy kurierom czy roznosicielom ulotek. Najbardziej zabolał ją fakt, że w tym samym budynku codziennie przewijają się dziesiątki dzieci zmierzających do miniprzedszkola, a mimo to obecność wózka na parterze stała się nagle największym problemem estetycznym i logistycznym całej nieruchomości.

Dylemat na parterze, czyli gdzie podziać dziecięcy pojazd

Najgorsza w tym wszystkim jest kompletna bezradność i brak jakichkolwiek alternatywnych rozwiązań ze strony zarządcy nieruchomości. Blok nie posiada wózkowni z prawdziwego zdarzenia, a piwnice są ciasne, strome i niebezpieczne dla samotnej kobiety trzymającej niemowlę na rękach. Ania wielokrotnie zastanawiała się, jak ma fizycznie rozwiązać ten problem, skoro codzienne wnoszenie ciężkiego stelaża wraz z gondolą na wyższe piętro przekracza jej możliwości fizyczne. Każde wyjście na spacer staje się przez to źródłem gigantycznego stresu, a powroty do domu kojarzą się z lękiem przed kolejnymi pretensjami.

– Naprawdę nie wiem, jak w takim razie mam się poruszać z wózkiem po własnym osiedlu – żaliła się zrezygnowana Ania, patrząc na śpiącą w łóżeczku córkę. – Mam wnosić to wszystko po schodach, ryzykując zdrowiem, czy może trzymać wózek na balkonie i za każdym razem brudzić całe mieszkanie kołami po deszczu. Mam silne poczucie, że jestem tu niemile widziana i traktowana przez administrację oraz niektórych sąsiadów jak trędowata, tylko dlatego, że mam małe dziecko – dodała.

Ta opowieść idealnie pokazuje szerszy problem, z jakim mierzą się tysiące młodych matek w naszym kraju. Z jednej strony zachęca się kobiety do aktywności i spacerów, z drugiej strony miejska infrastruktura oraz wewnętrzne regulaminy spółdzielni robią wszystko, by zamknąć je w czterech ścianach. Przepisy przeciwpożarowe są oczywiście szalenie ważne i nikt rozsądny ich nie kwestionuje, jednak brak elastyczności i dialogu ze strony administracji budzi słuszny sprzeciw. Zamiast wspólnego szukania kompromisu, na przykład wydzielenia bezpiecznej strefy na parterze, zarządcy wolą posłużyć się anonimowym zakazem, który natychmiast buduje mur wrogości między mieszkańcami.

W poszukiwaniu przestrzeni wolnej od uprzedzeń

Konflikty wokół klatek schodowych to codzienność wielu polskich osiedli, gdzie interesy singli, seniorów i rodzin z dziećmi nieustannie się zderzają. Często zapominamy, że wózek dziecięcy na klatce to stan przejściowy, który trwa zaledwie rok lub dwa, dopóki maluch nie zacznie sprawnie chodzić. Zabrakło tutaj zwykłej, ludzkiej rozmowy, która mogłaby rozładować napięcie, zanim sprawa urosła do rangi osiedlowej afery. Ania po tej sytuacji zaczęła baczniej przyglądać się reakcjom ludzi na korytarzu i ze smutkiem stwierdziła, że atmosfera wokół jej rodziny wyraźnie zgęstniała.

– Najbardziej przykre jest to, że nikt nie przyszedł do mnie bezpośrednio, by pogadać lub zwrócić uwagę. Lepiej było napisać oficjalne pismo, wywiesić je na widoku i sprawić, żeby człowiek poczuł się winny tego, że w ogóle żyje i ma dziecko. Teraz za każdym razem, gdy przekraczam próg bloku, czuję ten dziwny wzrok na plecach i zastanawiam się, kto następny złoży skargę – podsumowała naszą rozmowę Ania.

Ta historia zostawia nas z ważnym pytaniem o to, jak bardzo jesteśmy gotowi na obecność dzieci w przestrzeni wspólnej. Warto pamiętać, że empatia i wzajemne zrozumienie są w stanie rozwiązać większość sąsiedzkich sporów, o ile schowamy do kieszeni sztywne nakazy i zaczniemy ze sobą rozmawiać jak ludzie. Wózki, hulajnogi czy rowery to naturalne elementy życia każdego osiedla, które zamiast sterylnego spokoju powinno oferować przestrzeń przyjazną dla każdego, niezależnie od etapu życia, na jakim się znajduje.

Zobacz też: „Wszystkie babcie by zemdlały, gdyby zobaczyły”. Pokazali, co robią z dziećmi w przedszkolu w czasie drzemki