Reklama

Po obejrzeniu tej rolki w mojej głowie momentalnie uruchomił się kalkulator matczynych win i zasług. Kulturalna? Tak. Obyta w świecie? Raczej tak. Mówiąca „dzień dobry” sąsiadom, pani w piekarni, listonoszowi, a nawet właścicielom uroczych psów mijanych na spacerze w parku? Absolutnie tak. A moje dziecko?

Zrobiłam błyskawiczny rachunek sumienia. Kiedy wchodzimy razem do biblioteki czy lokalnej księgarni, a moje usta układają się już do uprzejmego powitania, kątem oka widzę, jak moja córka nagle staje się mistrzynią kamuflażu. Wzrok wbity w buty, nagłe, niepohamowane zainteresowanie własnym suwakiem od kurtki. Czeka. Czeka, aż to ja pierwsza rzucę zaklęcie w stronę dorosłego, albo - co gorsza - aż to bibliotekarka z promiennym uśmiechem wyciągnie do niej to powitalne koło ratunkowe. Dopiero wtedy odblokowuje jej się wokal i cichutko burczy swoje.

K. Kalińczak w swoim filmie celnie punktuje: nasze dzieci mają w nas doskonały przykład. Obserwują dobrze wychowanych dorosłych, wiedzą, że „magiczne słowa” istnieją (kto z nas nie katował maluchów triadą: proszę, dziękuję, przepraszam?), a jednak milkną. Dziennikarka przywołała historię swojego męża. Szkolny korytarz, mija mnóstwo znajomych dzieciaków, bywają u nich na nocowankach i imprezach urodzinowych, znają się doskonale. I nic. Zero powitania ze strony dzieci.

No więc dlaczego tak się dzieje? Oczywiście, w pierwszym odruchu najłatwiej zwalić winę na ekrany, TikToka i rzekomy upadek obyczajów. Ale prawda, jak to zwykle bywa w psychologii, jest znacznie mniej sensacyjna i dużo bardziej zawiła.

Po pierwsze - asymetria władzy. Jak tłumaczą psycholodzy dziecięcy, maluchy, a nawet starszaki, przez długi czas funkcjonują w świecie, w którym dorosły jest wyrocznią, centrum dowodzenia i nadzorcą. Dziecko podświadomie zakłada, że to dorosły ma inicjatywę. To on wyznacza ramy sytuacji społecznej. Dlatego stoją i czekają. „Skoro pani w sklepie na mnie spojrzała, to ona powinna zacząć, ja tu jestem tylko gościem” – taki, mniej więcej, komunikat podprogowy dyktuje im mózg.

Po drugie - egocentryzm, w najlepszym, rozwojowym tego słowa znaczeniu. Dzieci są skoncentrowane na swoim zadaniu. Wchodząc do szkoły, myślą o tym, że zapomniały zeszytu z polskiego; wchodząc do sklepu, skanują wzrokiem półkę z żelkami. Konwenans społeczny, jakim jest powiedzenie komuś „dzień dobry” tylko po to, by to powietrze między ludźmi jakoś przyjemnie zawibrowało, jest dla nich totalną abstrakcją.

I po trzecie - wstyd i obawa przed niezauważeniem. Wyobraźcie sobie, że macie siedem lat, metr dwadzieścia wzrostu i musicie krzyknąć do wielkiego pana za wielką ladą. A co, jeśli on nie odpowie? Jeśli mnie nie usłyszy? My, dorośli się tym nie przejmiemy. Kiedy rzucam „dzień dobry” i ktoś mi nie odpowie, myślę sobie: „burak”. Dziecko w takiej sytuacji myśli: „to moja wina, zrobiłem coś głupiego, nie będę się więcej wychylać”.

Zaczęłam baczniej przyglądać się sobie i swojemu otoczeniu. I faktycznie, K. Kalińczak wyciągnęła na wierzch zjawisko, które wszyscy jakoś po cichu zaakceptowaliśmy, ale nikt głośno o nim nie mówił. Skapitulowaliśmy.

Kiedy teraz wchodzę z córką do warzywniaka, a ona zaczyna swój taniec z wbijaniem wzroku we własne buty, nie chrząkam już nerwowo i nie szepczę pod nosem „co się mówi, no powiedz”. Daję jej czas. Dyskretnie szturcham i zachęcam: „spróbuj pierwsza”. Czasem się uda i patrzy na mnie z dumą, a czasem wychodzi z tego mruknięcie pod nosem.

Zdałam sobie sprawę z jednej, kluczowej rzeczy. Dzieci to nie są zaprogramowane małpki, które po trzykrotnym powtórzeniu wierszyka będą go z entuzjazmem deklamować na żądanie. Dopóki ja mówię sąsiadom „dzień dobry”, ona też w końcu zacznie. Musi tylko urosnąć na tyle, żeby wiedzieć, że to ona, a nie tylko ten duży człowiek obok niej, zajmuje miejsce w przestrzeni. Zanim to jednak nastąpi - może zacznijmy po prostu trochę głośniej i radośniej odpowiadać na te ich cichutkie, wymęczone pomruki powitalne?

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...