Dzień wcześniej wpisałam chłopakowi zupełnie standardową uwagę: „Antek nie uważa na lekcji i rzucał papierami w kolegów”. Normalna sprawa, trzecia klasa, dzieciakom buzuje energia, trzeba ich czasem sprowadzić na ziemię. Ale matka Antka postanowiła urządzić mi publiczny sąd. Pod spodem dopisała: „Mój syn się nudzi, bo prowadzi Pani lekcje jak za króla Ćwieczka. Proszę zająć się nauczaniem, a nie śledzeniem mojego dziecka. Za to Pani płacą. Swoje uwagi proszę zachować dla siebie”. Siedziałam przy biurku, klasa powoli się zapełniała, a ja patrzyłam na te słowa i czułam, jak coś we mnie pęka. Pomyślałam sobie tylko jedno: Boże, tak rodzą się potwory.

WIDEO…

player placeholder

Dlaczego rodzice zawsze bronią zachowania swoich dzieci?

Pracuję w szkole od piętnastu lat. Kocham te dzieciaki, oddaję im całe swoje serce, prywatny czas i energię. Kupuję za własne pieniądze naklejki, przygotowuję kolorowe plansze, wymyślam gry, żeby tylko ich zainteresować. Ale nie jestem robotem ani animatorem w parku rozrywki. Jeśli dziesięciolatek zamiast słuchać o ułamkach, zwija w kulki kartki i celuje nimi w głowę kolegi, to nie jest to wina nudnej lekcji. To jest brak podstawowego szacunku dla rówieśników i dla mnie.

Najgorsze jest jednak to, że matka Antka zrobiła mu tym wpisem potworną krzywdę. Dała mu jasny sygnał: „Synu, jesteś świętą krową, nauczyciel to twój wróg, możesz robić, co chcesz”. Antek stał przy moim biurku, patrzył na mnie z tym swoim triumfującym uśmieszkiem i doskonale wiedział, co tam jest napisane. Czuł się bezkarny. Stał się małym królem, którego mamusia właśnie obroniła przed złym światem.

Zobacz także:

Jak bezstresowe wychowanie niszczy autorytet nauczyciela w szkole?

Zastanawiam się, dokąd my właściwie zmierzamy jako społeczeństwo? Kiedy ja byłam dzieckiem, uwaga w zeszycie oznaczała solidny szlaban na komputer i rozmowę z rodzicami o tym, jak należy się zachowywać. Dzisiaj rodzic wchodzi do szkoły jak roszczeniowy klient do supermarketu. Płaci podatki, więc wymaga. Nauczyciel ma milczeć, uczyć, znosić humory i broń Boże nie zwracać uwagi.

Słowa „za to Pani płacą” zabolały mnie najbardziej. Płacą mi za to, żeby Wasze dzieci wyszły z tej szkoły na mądrych, wrażliwych i kulturalnych ludzi. Edukacja to nie jest usługa krawiecka, którą można zareklamować, bo ścieg jest krzywy. To proces, w którym musimy brać udział razem – ja i Wy, rodzice. Jeśli od małego uczycie dzieci, że starszych można lekceważyć, a zasady są po to, żeby je łamać, to nie dziwcie się, że za kilka lat te same dzieci zaczną tak samo traktować Was.

Co zrobić, gdy rodzic nie współpracuje z nauczycielem?

Piszę ten list, bo jestem już skrajnie zmęczona. Zmęczona walką z wiatrakami i wiecznymi tłumaczeniami. Chciałabym zapytać tę mamę, i wszystkie inne mamy, które myślą podobnie: co mam zrobić następnym razem? Mam udawać, że nie widzę, jak Antek dokucza innym? Mam pozwolić mu wejść sobie na głowę, żeby tylko nie urazić jego delikatnej psychiki?

Błagam Was, opamiętajcie się. Szkoła nie jest wrogiem Waszych dzieci, a uwagi nie są po to, żeby zniszczyć ich poczucie własnej wartości. To są sygnały alarmowe. Jeśli je zignorujecie, jeśli zaszczepicie w swoich synach i córkach pogardę do drugiego człowieka, wychowacie egoistów, którzy nie poradzą sobie w dorosłym życiu. A wtedy na ratunek będzie już za późno.

Zasmucona Nauczycielka

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Żenująca prośba do rodziców w Librusie? Nauczycielka nie wytrzymała: „Hodujecie niezdary, to teraz macie”