W placówce mojego syna wprowadzono bezwzględny, całkowity zakaz wstępu na teren budynku dla wszystkich rodziców i opiekunów prawnych. Rozumiem, że obecne czasy są niespokojne, rozumiem narastający lęk po ostatnich dramatycznych wydarzeniach w polskich szkołach, ale sposób, w jaki dyrekcja postanowiła zadbać o bezpieczeństwo, zamienił codzienne poranki w koszmar.
WIDEO…
Stoimy zdezorientowani w tłumie na deszczu przed zamkniętymi drzwiami wejściowymi, a szkolne woźne odbierają od nas małe dzieci dosłownie jak paczki kurierskie na taśmie produkcyjnej. Nie mamy prawa wejść do szatni, nie możemy pomóc siedmiolatkowi z ciężkim plecakiem, a co najgorsze, pracownicy szkoły bezwzględnie wydzierają nam zapłakane maluchy z rąk, zatrzaskując nam przed nosem ciężkie drzwi.
Poranny horror pod zamkniętymi drzwiami podstawówki łamie serca maluchów
Mój syn jest niezwykle wrażliwym dzieckiem, które bardzo ciężko zniosło proces adaptacji i potrzebuje chociaż kilkunastu sekund spokojnego przytulenia w szatni, by z uśmiechem wejść do swojej sali lekcyjnej. Wcześniej mogłam wejść z nim do środka, pomóc mu rozpiąć kurtkę, zamienić dwa ciepłe słowa i upewnić się, że idzie na lekcje z poczuciem pełnego bezpieczeństwa. Teraz ten piękny, intymny rytuał budowania więzi został zastąpiony przez nieludzki rygor, który wywołuje u małych dzieci traumę. Dzisiaj rano mój synek kurczowo chwycił się mojej kurtki, płacząc na całe gardło i błagając, żebym nie zostawiała go samego pod budynkiem.
Zamiast zrozumienia i empatii, ze szkolnego korytarza wyłoniła się zniecierpliwiona pani woźna, która zdecydowanym, siłowym wręcz ruchem odciągnęła ode mnie płaczące dziecko, mówiąc opryskliwie, że czas ucieka i rodzice robią niepotrzebny tłok. Zostałam za drzwiami, słysząc jedynie rozdzierający szloch mojego dziecka niknący w głębi korytarza, do którego nie mam już prawa wstępu.
Bezpieczeństwo w polskich placówkach nie może oznaczać totalnej izolacji
Zastanawiam się, gdzie w tym całym biurokratycznym systemie podziała się podstawowa troska o zdrowie emocjonalne najmłodszych uczniów z klas 1-3. Szkoły pod pretekstem ochrony przed zagrożeniami zamieniają się w zamknięte twierdze o zaostrzonym rygorze, w których rodzic traktowany jest jak potencjalny przestępca i intruz zagrażający porządkowi. Rozmawiałam z wieloma innymi matkami z naszej klasy i wszystkie jesteśmy skrajnie wykończone tym, jak wyglądają teraz nasze szkolne poranki, pełne krzyku, pośpiechu i bezdusznego traktowania.
Czy naprawdę odcięcie siedmiolatka od wsparcia mamy w trudnym momencie porannego rozstania ma sprawić, że w szkole nie dojdzie do żadnego niebezpiecznego incydentu? Izolowanie rodziców od przestrzeni, w której ich dzieci spędzają połowę swojego dnia, niszczy elementarne zaufanie i sprawia, że tracimy jakikolwiek wgląd w to, w jakich warunkach przebywają nasi najbliżsi. Woźne i pracownicy administracji, zamiast współpracować z rodzinami, wchodzą w rolę bezwzględnych strażników, dla których liczy się jedynie pusta szatnia o godzinie ósmej rano.
Czas skończyć z policyjnym rygorem i zacząć rozmawiać o prawach rodziców
Napisałam ten list do redakcji Mamotoja, bo wiem, że ten potworny problem dotyczy obecnie tysięcy placówek oświatowych w całej Polsce, gdzie dyrekcja zamknęła drzwi przed dorosłymi. Chcę głośno zapytać ministerstwo oraz kuratoria, czy takie drastyczne kroki są w ogóle legalne i czy szkoła ma prawo całkowicie zabronić matce wejścia do budynku w celu zapewnienia komfortu psychicznego dziecku. Nie możemy dawać wpędzać się w poczucie winy i godzić się na traktowanie naszych dzieci jak przedmiotów, które można przerzucać przez próg szkoły.
Ja od jutra zamierzam oficjalnie domagać się od dyrekcji wydania specjalnej przepustki i nie pozwolę, by ktokolwiek siłą wyrywał mojego syna z moich ramion. Ciekawa jestem, czy w Waszych miastach i szkołach również mierzycie się z taką niesamowitą znieczulicą, czy może tam dyrektorzy potrafili zachować zdrowy rozsądek i empatię wobec najmłodszych uczniów.
Pozdrawiam,
Wycieńczona i zdeterminowana mama z Warszawy
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Ta lektura powinna być zakazana w szkołach. Nauczycielka: „Rodzice się skarżą, że dzieci płaczą”