Rodzice z jednej amerykańskiej szkół w Michigan dostali do wypełnienia formularz. Jeśli nie chcą się angażować w szkolne kiermasze i wydarzenia, na które trzeba np. przynieść jakiś wypiek, nie muszą się angażować, o ile zapłacą. Jeśli zapłacą 10 dolarów (ok. niecałe 40 zł), nie będą musieli piec babeczek. Jeśli zapłacą 100 dolarów (ok. 400 zł), szkoła „zapomni ich nazwisko”, czyli nie będą musieli robić kompletnie nic. Zdjęcie obiegło sieć, a przy okazji zrodziło się pytanie: czy łatwiej jest po prostu zapłacić niż się zaangażować w życie szkolne swojego dziecka?

WIDEO…

player placeholder

Cennik zamiast kiermaszu

Tydzień temu ojciec uczennicy ze szkoły średniej I stopnia w Saline w stanie Michigan wrzucił na platformę X zdjęcie kartki, którą jego córka przyniosła ze szkoły. To formularz rady rodziców, a każda kwota ma przy sobie żart o tym, czego rodzic dzięki niej nie musi robić.

Dziesięć dolarów to koszt babeczek, których nie upieczesz. Dwadzieścia pięć – nie musisz gonić za rodziną i przyjaciółmi, żeby wzięli udział w wydarzeniu. Pięćdziesiąt – zwolnienie z każdego „-thonu”, czyli marszu, biegu albo pływania na punkty. Sto dolarów to, jak głosi formularz, wykupienie się z pomocy, której i tak by nie było, żeby szkoła „zapomniała” Twoje nazwisko. Można też wpisać dowolną kwotę.

Zobacz także:

Według amerykańskich mediów wpis przekroczył 3 mln wyświetleń, a pod spodem pojawiły się setki komentarzy. Rodzice podzielili się mniej więcej tak, jak byśmy się podzielili my: jedni pisali, że wreszcie ktoś mówi wprost, drudzy bronili chodzenia po sąsiadach, bo dziecko uczy się rozmowy z ludźmi i zarabiania. Autor wpisu przyznał, że w teorii się z tym zgadza, ale gdy całe osiedle ma dzieci z tej samej szkoły, wszyscy w końcu sprzedają sobie nawzajem. Dodał też, że jego córka zbiera pieniądze już na około dziesięć innych rzeczy.

Warto dodać, że rada rodziców równolegle rozesłała zwykłą prośbę o wpłaty „w dowolnej wysokości”, w niebieskich kopertach. Formularz z cennikiem jest więc raczej żartobliwym wariantem tej samej zbiórki niż rewolucją w jej zasadach. Amerykańskie media piszą, że takich „un-fundraiserów” jest coraz więcej.

A u nas: ile to jest „za dużo”?

Ten sam kalendarz zna chyba każdy, kto ma dziecko w szkole. Wrzesień: składka na radę rodziców, Dzień Chłopaka. Październik: październik na Dzień Nauczyciela. Listopad: kasa na wycieczkę, grudzień na mikołajki i klasową wigilię... Do tego zbiórki na kserówki, ubezpieczenie, okolicznościowe kiermasze czy imprezy i apele. Sama pytasz siebie o 21:30, kto w tym tygodniu piecze i czy kupne ciasto z Biedronki będzie faux pas.

Pomysł z Michigan pokazuje jedno: wiele z tych zbiórek jest w gruncie rzeczy zbiórkami pieniędzy, tylko opakowanymi w pracę rodziców. Babeczki kosztują dziesięć dolarów, ale godzina w kuchni po pracy ma swoją cenę, której na formularzu nikt nie wpisuje. Dla jednych to przyjemność i okazja, żeby poznać innych rodziców. Dla innych kolejna rzecz na liście obok pracy, obiadu i odrabiania lekcji. Obie wersje są prawdziwe i żadna nie jest „lepszym rodzicielstwem”.

Co mówi prawo o wpłatach na radę rodziców?

Z tym warto uważać, bo to temat, który często wywołuje nieporozumienia. Z ogólnie dostępnych opracowań prawniczych wynika, że wpłaty na radę rodziców są dobrowolne i nikt nie może ich wymuszać: ani dyrektor, ani wychowawca, ani sama rada. Według wyroku sądu administracyjnego, na który powołują się te opracowania, rada nie ustala też wysokości składek ani nie stosuje nacisku.

Nie wolno też żądać ujawniania, kto zapłacił, a kto nie. Pieniądze mają iść na wspieranie statutowej działalności placówki, a regulamin rady określa, jak się je zbiera i wydaje. Ta sama rada nie jest osobą prawną, więc nie zaciąga zobowiązań. Dokładne brzmienie przepisów sprawdzisz w Prawie oświatowym i w regulaminie rady Waszej szkoły.

Trzy rzeczy, które możesz zrobić jeszcze w tym tygodniu

  1. Zapytaj na grupie klasy (albo wprost skarbnika), na co poszły pieniądze w zeszłym roku. Rada ma regulamin, a rodzic ma prawo wiedzieć, jak działa.
  2. Zaproponuj, żeby przy każdej akcji był wybór: upiec ciasto albo dorzucić do wspólnej puli. Niektórzy ludzie naprawdę wolą jedno, inni drugie.
  3. Jeśli czujesz presję, że „wszyscy płacą”, pamiętaj, że to wciąż Twoja decyzja. Brak wpłaty nie jest czymś, co Twoje dziecko powinno odczuwać w szkole.

Czy zaangażowanie i uczciwość naprawdę są prostsze?

Wersja z formularzem ma wadę, o której piszą krytycy: jeśli wszystko da się wykupić, dziecko traci okazję, żeby pracować razem z innymi, a ci, którzy mają mniej pieniędzy, i tak zostaną z pieczeniem. Taka lista cen może też zrobić z pomocy transakcję. Z kolei dla rodzica po dwunastu godzinach poza domem otwarty cennik jest ulgą, bo wie, ile „kosztuje” jego święty spokój, i nie musi się tłumaczyć.

Być może najlepsza byłaby wersja środkowa: jasna prośba o konkretną kwotę na konkretny cel, a obok kilka zadań dla tych, którzy chcą coś zrobić własnymi rękami. Jak jest w Twojej klasie: kto ustala, ile się zbiera, i czy ktoś kiedyś zapytał, jaką formę pomocy wolisz?

Zobacz także: Rodzice nie chcą sponsorować cudzych dzieci. „Nauczycielka ma głupie pomysły, niech da ze swojej kieszeni”