Dorota od początku wiedziała, czego oczekuje od szkoły swojej córki. Nauka miała być priorytetem, a lekcje odbywać się w atmosferze spokoju. Jej dziewięcioletnia Lena jest zdolną, ambitną i spokojną dziewczynką. Uwielbia czytać, chętnie odrabia zadania i zadaje nauczycielom mnóstwo pytań. Niestety, w publicznej podstawówce coraz trudniej było jej się skupić. Matka uznała więc, że prywatna placówka rozwiąże wszystkie problemy. Bardzo się pomyliła.

WIDEO…

player placeholder

„Moja córka chodziła do szkoły, żeby się uczyć, a nie słuchać wrzasków”

Problemy zaczęły się już w piątej klasie publicznej podstawówki. Lena coraz częściej wracała do domu rozdrażniona i opowiadała, że nauczycielka nie zdążyła wytłumaczyć nowego tematu, bo przez połowę lekcji musiała uspokajać uczniów.

W klasie było kilku nowych chłopców, którzy nieustannie przeszkadzali. Rozmawiali, przekrzykiwali nauczycielkę, chodzili po sali i celowo rozśmieszali pozostałe dzieci. Lekcje zamieniały się w serię upomnień i próśb o ciszę.

Zobacz także:

Dorota próbowała interweniować. Rozmawiała z wychowawczynią, zgłaszała problem dyrekcji i domagała się bardziej stanowczych działań. Za każdym razem słyszała, że szkoła pracuje nad sytuacją, a dzieci potrzebują czasu.

– Moja córka chodziła do szkoły, żeby się uczyć, a nie słuchać wrzasków i awantur. Dlaczego miała tracić kolejne lekcje przez dzieci, których rodzice nie nauczyli podstawowych zasad zachowania? – oburzała się Dorota.

Kiedy Lena zaczęła prosić mamę, żeby tłumaczyła jej w domu materiał, którego nie zrozumiała na zajęciach, kobieta uznała, że ma dość. Wspólnie z mężem zdecydowała o przeniesieniu córki do prywatnej podstawówki.

Wysokie czesne miało gwarantować odpowiednie towarzystwo. Rzeczywistość ją zaskoczyła

Podczas spotkania z dyrekcją prywatnej szkoły wszystko wyglądało obiecująco. Kameralne klasy, indywidualne podejście do ucznia i zapewnienia o wysokim poziomie nauczania. Dorota była zachwycona.

Wierzyła, że do takiej placówki trafiają dzieci z porządnych domów. Sądziła, że rodzice płacący kilka tysięcy złotych miesięcznie będą równie mocno jak ona zainteresowani dyscypliną i wynikami swoich pociech.

Pierwsze tygodnie przebiegały spokojnie. Lena szybko znalazła koleżanki i polubiła nauczycieli. Niestety, po pewnym czasie zaczęła opowiadać o dwóch chłopcach, którzy regularnie dezorganizowali lekcje.

Jeden nieustannie komentował wypowiedzi nauczycieli, przedrzeźniał kolegów i wykrzykiwał odpowiedzi. Drugi wstawał z miejsca, zaczepiał inne dzieci i prowokował zamieszanie. Dziewczynka skarżyła się, że ponownie nie może się skoncentrować, bo nauczyciele wciąż muszą przerywać zajęcia.

Dla Doroty był to prawdziwy cios. Przecież właśnie przed takimi sytuacjami chciała uchronić córkę.

– To skandal! Płacimy ogromne pieniądze, żeby Lena miała dobre warunki do nauki, a ona znowu musi znosić zachowanie dwóch rozrabiaków. Myślałam, że przynajmniej tutaj rodzice potrafią wychować swoje dzieci – mówiła rozgoryczona.

„Za takie pieniądze nie powinnam martwić się o zachowanie cudzych dzieci”

Matka Leny czuje się oszukana. W jej przekonaniu prywatna szkoła miała być miejscem, w którym córka nie będzie ponosić konsekwencji niewłaściwego zachowania innych uczniów.

– Nie wymagam cudów. Chcę tylko, żeby nauczyciel mógł spokojnie prowadzić lekcję. Jeśli rodzice nie potrafią zapanować nad swoim dzieckiem, niech szukają dla niego pomocy. Dlaczego moja córka ma za to płacić? I to dosłownie! – pyta Dorota.

Kobieta rozważa kolejną zmianę szkoły, choć mąż przekonuje ją, że podobny problem może pojawić się wszędzie. Nie da się przecież stworzyć klasy, w której wszystkie dzieci będą zawsze spokojne i zdyscyplinowane.

Dorota nie przyjmuje tego argumentu. Uważa, że szkoła powinna przede wszystkim chronić prawo uczniów do nauki, a nie bez końca tłumaczyć niewłaściwe zachowania ich kolegów.

Jej historia pokazuje jednak coś, czego sama zdaje się nie dostrzegać. Wysokie czesne nie gwarantuje dobrego wychowania, podobnie jak nauka w publicznej szkole nie świadczy o braku kultury. Dzieci mające trudności z zachowaniem można spotkać w każdej placówce, niezależnie od zasobności portfeli ich rodziców.

Czytaj także: Odbiera córkę ze świetlicy o 18, bo taką ma pracę. „To zadanie nauczycielek, żeby ją zabawiać i na mnie czekać”