Zbliża się ten specyficzny czas w roku, kiedy cała Polska rusza w jedną wielką, nostalgiczną podróż. Zapach topiącego się wosku, chryzantemy wylewające się z każdego rogu ulicy i ten niepowtarzalny, lekko mglisty klimat, który jednych napawa zadumą, a innych przyprawia o gęsią skórkę. Od pokoleń schemat wygląda dokładnie tak samo – pakujemy do samochodów całe rodziny, od niemowlaków po prababcie, i ruszamy w kilkugodzinne maratony po cmentarnych alejkach. Sama doskonale pamiętam z własnego dzieciństwa ten zmarznięty nos, wiecznie przemoczone buty i poczucie kompletnego zagubienia w tłumie obcych ludzi przepychających się między grobami.
WIDEO…
Moja koleżanka, Kamila, mama sześcioletniej Laurki i czteroletniego Tymka, postanowiła w tym roku brutalnie zerwać z tym narodowym obyczajem. Jej decyzja natychmiast wywołała ogromną burzę w kręgu najbliższej rodziny, stając się zarzewiem konfliktu, który idealnie pokazuje, jak bardzo boimy się nieszablonowego podejścia do trudnych tematów.
Cmentarna rewia mody i dziecięcy strach w tłumie
Kamila zadzwoniła do mnie w zeszły wtorek, ewidentnie potrzebując zrzucić z siebie ciężar rodzinnych oczekiwań i tradycji, które próbuje się jej narzucić na siłę. Jej teściowa wpadła w prawdziwy szał, gdy dowiedziała się, że wnuki nie pojawią się na rodzinnym grobowcu w ten pełen symboliki dzień. „Ja mam po prostu dość tej corocznej fikcji i fundowania moim dzieciom emocjonalnego rollercoastera” – wyznała mi szczerze Kamila, a w jej głosie słyszałam potężne zmęczenie.
Opowiedziała mi, jak wyglądał ich zeszłoroczny wyjazd, który zamiast duchowego przeżycia stał się koszmarem logistycznym i psychicznym dla całej rodziny. Mały Tymek spędził trzy godziny w wózku, płacząc z powodu hałasu i ścisku. Z kolei Laurka, zamiast skupić się na pamięci o zmarłej rok wcześniej babci, zadawała dziesiątki pytań przerażona widokiem płaczących ludzi i ponurych, kamiennych płyt. Dla tak małych istot cmentarz pierwszego listopada nie jest miejscem magii – to głośny, zimny i głęboko stresujący festiwal, którego znaczenia jeszcze nie są w stanie pojąć.
Gdzie naprawdę mieszkają nasi zmarli bliscy
Najważniejszy argument Kamili uderzył we mnie z dużą siłą. Jej córka, Laurka, była niezwykle zżyta z babcią i jej odejście było dla dziewczynki ogromnym, bolesnym wstrząsem, z którym rodzice pomagali jej radzić sobie przez wiele miesięcy. Aby oszczędzić dziecku drastycznych obrazów, Kamila od początku tłumaczyła jej, że babcia zamieniła się w jasną gwiazdkę i patrzy na nich z góry, odpoczywając w pięknym, spokojnym niebie.
„Moja córka nosi w sercu piękny, pełen światła obraz ukochanej osoby i wierzy, że ona jest bezpieczna w chmurach” – tłumaczyła mi z pasją w głosie. Pokazywanie sześcioletniemu dziecku ciemnego, zimnego grobu i mówienie, że to właśnie tam leży ta ciepła, uśmiechnięta kobieta, która jeszcze niedawno piekła z nią ciasteczka, rodzi w małej głowie potworny dysonans. Dzieci myślą bardzo dosłownie, dlatego wizualizacja bliskiej osoby uwięzionej dwa metry pod ziemią w drewnianej skrzyni potrafi wywołać u nich lęki i głęboką traumę.
Alternatywne formy pamięci bez cmentarnej gorączki
Kamila nie zamierza oczywiście całkowicie ignorować tematu przemijania i pamięci o tych, którzy odeszli – chce to jednak zrobić na własnych, bezpiecznych warunkach. Zamiast ciągnąć zmarznięte maluchy w tłum rozgorączkowanych dorosłych, planuje spędzić ten dzień w zaciszu domowego ogniska, otoczona miłością i ciepłymi wspomnieniami.
Wspólnie z dziećmi zamierzają upiec ulubione ciasto zmarłej babci, wyciągnąć stare albumy fotograficzne i spędzić wieczór na opowiadaniu radosnych anegdot z przeszłości. Zapalą też jeden, symboliczny znicz na tarasie, patrząc w niebo i wysyłając ciepłe myśli do gwiazd, bez presji, bez pośpiechu i bez cmentarnego blichtru. Uważam, że taka forma edukacji emocjonalnej jest o wiele bardziej wartościowa dla kilkulatka niż mechaniczne przestawianie doniczek z kwiatami na pokaz przed dalekimi krewnymi.