W miniony wtorek siedziałam przy kawie z moją bliską znajomą, Asią, której syn chodzi do czwartej klasy. Aśka wyciągnęła telefon, a jej dłonie lekko drżały z emocji, gdy pokazywała mi screeny z najnowszej dyskusji na ich klasowym czacie. Sytuacja, która tam się rozegrała, idealnie podsumowuje to, co najgorsze w dzisiejszych relacjach między rodzicami − brak empatii, ukrytą agresję i zupełnie niepotrzebny, jadowity moralizatorski ton. „Poprosiłam o zdjęcie zeszytu, a wredna matka odpisała mi jednym słowem” − wyznała mi Asia, a w jej oczach widziałam autentyczny ból.
WIDEO…
Toksyczne relacje na szkolnym WhatsAppie
Wszystko zaczęło się zupełnie niewinnie, jak w tysiącach polskich domów każdego popołudnia. Syn Aśki wrócił ze szkoły z bólem brzucha i zaraz po obiedzie zasnął. Kiedy obudził się wieczorem, był blady, osłabiony i rozkojarzony. Asia, chcąc oszczędzić dziecku dodatkowego stresu i pomóc mu w ogarnięciu lekcji na kolejny dzień, postanowiła szybko sprawdzić, co było zadane z matematyki. Chłopiec nie zapisał wszystkiego, a w e-dzienniku widniała jedynie ogólna adnotacja o ćwiczeniach. Moja znajoma uznała więc, że najszybszą drogą będzie rzucenie hasła na klasowej grupie rodziców.
Napisała krótką, niezwykle uprzejmą prośbę: „Cześć wszystkim, Antoś bardzo źle się czuje i dopiero wstał. Czy któraś z mam mogłaby podesłać zdjęcie uzupełnionych dzisiaj ćwiczeń z matematyki ze stron 24-25? Z góry bardzo dziękuję!”. Aśka była pewna, że za chwilę dostanie kilka zdjęć od pomocnych rodziców. Przecież to normalne, że sobie pomagamy, prawda? Niestety, rzeczywistość wirtualna rządzi się swoimi, często okrutnymi prawami. Zamiast zdjęcia, na grupie pojawiła się odpowiedź, która zwaliła Aśkę z nóg.
Słowo klucz na grupie rodziców, czyli brutalna lekcja samodzielności
Na czacie natychmiast pojawiła się jedna z klasowych „matek-idealnych” − kobieta, która zawsze wie wszystko najlepiej i nigdy nie przepuści okazji, by publicznie kogoś pouczyć. Zamiast zdjęcia zeszytu, Asia przeczytała krótką, bezwzględną tyradę. Padło w niej jedno konkretne słowo, które uderzyło moją znajomą niczym policzek: wygodnictwo.
Tamta matka odpisała, że nie wyśle żadnego zdjęcia zrobionych ćwiczeń, ponieważ dziecko musi pracować samodzielnie, a dawanie gotowców to najgorsza przysługa. Asia poczuła, jak oblewa ją fala gorąca. Została publicznie napiętnowana jako leniwa matka, która uczy swoje dziecko oszukiwania.
Dlaczego rodzice w internecie bywają dla siebie tak okrutni?
Słuchając opowieści Aśki i patrząc na te wiadomości, poczułam ogromny smutek. Gdzie podziała się zwykła, ludzka solidarność? Kiedy grupy na WhatsAppie przestały być narzędziem do wzajemnej pomocy, a stały się areną do leczenia własnych kompleksów i platformą do uprawiania ordynarnego mom-shamingu? Ta sytuacja pokazuje głębszy problem, z którym mierzymy się współcześnie. Część rodziców traktuje szkołę swoich dzieci jak toksyczny wyścig szczurów, w którym każdy inny rodzic i każdy inny uczeń to potencjalny rywal.
Odmawianie pomocy w tak błahej sprawie jak zdjęcie stron z ćwiczeniami, pod płaszczykiem „wychowywania do samodzielności”, jest po prostu czystą złośliwością. Każda z nas bywa zmęczona, każde dziecko ma gorszy dzień lub choruje. Wspieranie się w takich momentach powinno być odruchem. Tymczasem wylewanie jadu i publiczne ocenianie metod wychowawczych innej matki to zachowanie poniżej wszelkiej krytyki. Żenada to mało powiedziane − to brak podstawowej empatii i kultury, który niestety coraz częściej zatruwa szkolne społeczności. Asi poradziłam jedno: wyciszyć grupę, a na przyszłość kontaktować się wyłącznie prywatnie z jedną, zaufaną mamą. Szkoda nerwów na toksyczne znajomości.
Zobacz też: Nauczycielka zajrzała do piórnika czwartoklasisty i aż usiadła z wrażenia. „To pokolenie samo się zaora”