Przez kilka lat pracy w szkole widziałam już wiele. Od wielkich koszy wiklinowych wypełnionych po brzegi owocami, przez pseudo-eleganckie zestawy tanich kosmetyków, aż po setki, dosłownie setki porcelanowych figurek i kubków z napisami typu „Najlepsza nauczycielka na świecie”. Rodzice co roku stają na rzęsach, kłócą się na grupach na WhatsAppie o składki, a potem z uroczystym uśmiechem wręczają nam te podarunki, oczekując w zamian wylewnych podziękowań i pewnie łez wzruszenia w oczach.

WIDEO…

player placeholder

Rzeczywistość w pokoju nauczycielskim wygląda jednak zupełnie inaczej, niż wydaje się komitetom rodzicielskim. My naprawdę mamy już dość tej wymuszonej uprzejmości i tonięcia w rzeczach, których nie potrzebujemy i które tylko zagracają nasze mieszkania. Najgorsza w tym wszystkim jest hipokryzja, bo nikt z grona pedagogicznego nie ma odwagi powiedzieć wprost, jak bardzo te podarunki są nietrafione i jak wielki problem generują tuż po zakończeniu szkolnej akademii.

Śmietnik w piwnicy i prezenty przekazywane dalej w obieg

Co roku po 14 października wracam do domu z naręczem toreb, które zamiast radości budzą we mnie czystą irytację. Moja piwnica wygląda już jak magazyn hurtowni z tanimi upominkami i tandetą, bo po prostu nie mam co z tymi rzeczami zrobić. Te wszystkie zapachowe świeczki, od których dostaję natychmiastowej migreny, lądują w wielkich kartonach pod regałem i czekają na lepsze czasy. Część z nich, jeśli mają w miarę neutralne opakowania, bezczelnie puszczam dalej w obieg i wciskam rodzinie przy okazji imienin czy przypadkowych odwiedzin, modląc się tylko, by nie zapomnieć usunąć dedykacji.

Zobacz także:

Najgorszy los spotyka jednak spersonalizowane kubki z moim nazwiskiem – tych nie da się nikomu wydać, więc bez mrugnięcia okiem wyrzucam je po prostu do kontenera na zmieszane, bo ile można pić kawę w naczyniu z własną podobizną? Prawda jest taka, że większość moich koleżanek z pracy robi dokładnie to samo, tylko publicznie każda udaje zachwyconą.

Koniec z fałszywą wdzięcznością za składkowe pieniądze

Zastanawiam się często, po co rodzice w ogóle fundują sobie i nam ten coroczny festiwal sztuczności. Przecież doskonale wiem, że połowa klasy składa się na ten prezent z wielkim bólem serca, a dyskusje o budżecie wywołują na forach regularne konflikty między matkami. Dostawanie czegoś, co zostało kupione z przymusu, za wywalczone z trudem dwadzieścia złotych od każdego ucznia, jest dla mnie wręcz upokarzające. Nie potrzebuję waszej fałszywej wdzięczności, która ma rzekomo wynagrodzić mi użeranie się z waszymi dziećmi przez cały okrągły rok szkolny.

Jeśli myślicie, że zestawem tanich pralinek z marketu kupicie sobie moją przychylność przy wystawianiu ocen na semestr, to jesteście w ogromnym błędzie. Ta tradycja już dawno straciła swój pierwotny, piękny sens i stała się komercyjnym obowiązkiem, który rani obie strony.

Czego naprawdę oczekują nauczyciele zamiast zbędnych bibelotów

Jeśli naprawdę chcecie pokazać, że szanujecie naszą ciężką pracę, zmieńcie całkowicie swoje podejście do tego święta. Zamiast wydawać pieniądze na przedmioty, które za chwilę zasilą miejskie wysypisko śmieci, nauczcie swoje dzieci podstawowej kultury osobistej i szacunku na co dzień. Jeden szczery uśmiech ucznia, chęć do nauki i zwykłe „dziękuję“ wypowiedziane na korytarzu znaczą dla mnie nieskończenie więcej niż najdroższy kosz prezentowy.

A jeśli już koniecznie musicie coś przynieść, bo tradycja w waszej szkole jest silniejsza od zdrowego rozsądku, przynieście jedną ciętą różę od całej klasy albo napiszcie krótki list z podziękowaniami. Rzeczy materialne zostawcie dla swoich bliskich, a nam pozwólcie po prostu wykonywać swoje obowiązki bez poczucia, że musimy przyjmować tony niechcianego plastiku i ceramiki.

Pozdrawiam całą Redakcję i wszystkich zmęczonych rodziców,
Polonistka

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Nauczycielka wepchała się przed jej córkę w szkolnej stołówce. „Ukradła Amelce ostatniego naleśnika”