Wszystko zaczęło się od emocjonalnego wpisu jednej z mam w popularnej grupie parentingowej w mediach społecznościowych. Kobieta postanowiła publicznie zapytać inne matki, czy w ich placówkach również poprzeczka wisi tak wysoko. Jej córka, która chodzi obecnie do drugiej klasy szkoły podstawowej, przyniosła do domu m.in. zadanie przeczytania książki liczącej ponad dwieście stron.
WIDEO…
Czy program nauczania w młodszych klasach podstawówki nie jest dostosowany do wieku dzieci?
Mama dziewczynki głośno wyraziła to, co wielu z rodziców po cichu myśli podczas wieczornej nauki z dziećmi. Kobieta napisała:
„Hej Mamy! Czy u was w szkole też są takie duże wymagania? Córka w drugiej klasie szkoły podstawowej ma teraz lekturę ponad 200 stron. Przecież w tym wieku dzieci niedawno nauczyły się czytać, niektóre jeszcze składają zdania w całość i raczej skupiają się na czytaniu tekstu, a nie nad jego treścią. Jak dla mnie 200 stron dla 8-latka to duża przesada i nasuwa się pytanie, czy te lektury są dla dzieci, czy dla rodziców? Bo jeśli rodzic nie przeczyta, żeby dziecko słuchało, to to dziecko nic z tej lektury nie będzie wiedziało. Tak samo mnożenie i dzielenie do 30 w pierwszej klasie, trochę przegięcie. Czy u was jest tak samo?”.
Ten krótki głos sprzeciwu wobec szkolnej rzeczywistości natychmiast uruchomił lawinę skrajnych opinii, odsłaniając głęboki rozłam w podejściu do współczesnej edukacji.
Dlaczego podstawa programowa wczesnoszkolnej edukacji budzi tak skrajne emocje?
Część rodziców natychmiast stanęła w obronie tradycyjnego systemu, argumentując, że wysokie wymagania to jedyna droga do wychowania samodzielnego i mądrego młodego człowieka. Pod postem autorki pojawiły się głosy, które wprost zarzucały jej nadopiekuńczość i ułatwianie dziecku życia. Jedna z mam skomentowała sprawę bez owijania w bawełnę:
„Przecież to normalny poziom. Ty w tym wieku nie czytałaś np. Dzieci z Bullerbyn? Jeżeli twoje kompletnie nie daje rady, to kup audiobooka, ale jak się te dzieci mają nauczyć czytać, jak rodzice je wyręczają”.
W podobnym tonie wypowiedziała się kolejna internautka, wskazując na to, że problemem nie jest sama długość książki, ale konkurencja w postaci nowoczesnych technologii:
„W drugiej klasie podstawówki u mnie lekturą były Dzieci z Bullerbyn – lektura ma około 350 stron. I się siedziało i czytało. Więc nie rozumiem oburzenia. Dzisiejsze dzieci potrafią godziny spędzić w telefonach i tabletach, ale przeczytanie 200 stron to wyczyn”.
W dyskusji nie zabrakło również sporej dawki ironii ze strony osób, które uważają, że jakiekolwiek obniżanie poprzeczki w szkołach jest błędem. Jeden z komentujących napisał dosadnie:
„Ja myślę, że można czytanie i liczenie w ogóle wycofać. Po co dzieci mają się męczyć”.
Jak uczyć samodzielnego czytania i liczenia bez zniechęcania malucha do szkoły?
Z drugiej strony barykady znaleźli się rodzice, którzy doskonale rozumieją frustrację autorki wpisu. Zwracają oni uwagę na to, że każde dziecko rozwija się w swoim własnym tempie, a narzucanie zbyt wygórowanego tempa w pierwszej czy drugiej klasie może przynieść odwrotny skutek i trwale zniechęcić malucha do edukacji. Pojawiły się głosy pokazujące, że programy w różnych placówkach potrafią się od siebie drastycznie różnić. Jeden z ojców zauważył:
„Nie słyszałem, żeby takie lektury były w młodszych klasach. Wiadomo, że 200 stron żadne małe dziecko nie przeczyta. Tylko tutaj na grupie dzieci jeszcze w łonie matki, jak były, to już czytały. Szkoda, że w szkołach nie widać takich talentów. Mój syn w 3 klasie nie miał nigdy takiej długiej lektury. Często czytają na zmianę w szkole z panią, tj. pani jeden rozdział, dziecko drugi. Mnożenie było wprowadzone w drugim półroczu drugiej klasy”.
Ta wypowiedź pokazuje, że problemem bywa nie tylko sama podstawa programowa, ale też sposób jej realizacji przez poszczególnych nauczycieli, którzy czasem narzucają tempo niemożliwe do udźwignięcia bez aktywnej pomocy rodziców w domu.
Co zamiast smartfona potrafi zainteresować współczesnego drugoklasistę?
W całej tej internetowej burzy niezwykle ciekawy jest wątek tego, jak bardzo różnią się umiejętności dzieci w tym samym wieku. Podczas gdy jedne ośmiolatki wciąż walczą z płynnym składaniem zdań, inne potrafią zaskoczyć dorosłych swoimi czytelniczymi wyborami, co potwierdza komentarz kolejnej mamy:
„Moja córka, również w drugiej klasie, książki czyta samodzielnie, nie patrząc na ilość stron, a takie w okolicy 200 stron ona czyta w dwa, trzy dni. Ostatnio prosiła, żeby wypożyczyć jej Star Wars z biblioteki. Uważam, że czytanie to umiejętność, którą należy odpowiednio wyćwiczyć i praktykować bez przerwy. Niestety w obecnych czasach najczęściej scrolluje się smartfony, zamiast przerzucać strony książek”.
Ta dyskusja jasno pokazuje, przed jak trudnym zadaniem staje współczesna szkoła i sami rodzice. Granica między motywowaniem dziecka do wysiłku a przytłaczaniem go obowiązkami jest niezwykle cienka. Kluczem wydaje się znalezienie balansu i zrozumienie, że rola rodzica nie polega na mechanicznym wyręczaniu malucha, ale na mądrym towarzyszeniu mu w nauce – nawet jeśli oznacza to wspólne przebrnięcie przez dwustustronicową książkę.