Dzień dobry, piszę do Was ten list w porywie ogromnej rodzicielskiej bezsilności, siedząc przy biurku mojego dziesięcioletniego syna i patrząc na przedmioty, które leżą przed mną. Mój syn Bartek we wrześniu poszedł do czwartej klasy szkoły podstawowej, co dla całej naszej rodziny miało być wielkim, wyczekiwanym krokiem naprzód i początkiem prawdziwej, poważnej nauki. Do tej pory żyłam w całkowicie naiwnym przekonaniu, że szkoła to instytucja, która systematycznie uczy młode pokolenie podstawowych, kluczowych dla dorosłego życia umiejętności.

WIDEO…

player placeholder

Puste kartki i kserówki wklejane bez żadnego ładu i składu

Kiedy otworzyłam zeszyt do języka polskiego mojego czwartoklasisty, byłam święcie przekonana, że zobaczę tam rozbudowane zdania, pierwsze samodzielne wypracowania i starannie zapisane definicje. Zamiast tego zastałam tam przerażający widok, ponieważ w grubym zeszycie było niemal całkowicie pusto, a na większości stron widniały jedynie daty i lakoniczne tematy lekcji. Cała rzekoma praca mojego syna polegała wyłącznie na wklejaniu gotowych kserówek, na których jego jedynym zadaniem było wstawienie pojedynczej literki w pustą lukę lub połączenie linią dwóch obrazków.

Zeszyty od historii, przyrody czy matematyki wyglądały dokładnie tak samo smutno, stanowiąc zestawy gotowych materiałów wydrukowanych przez nauczycieli i wklejonych na strony. Współczesny uczeń na lekcji nie spędza ani jednej minuty na samodzielnym prowadzeniu ciągłego tekstu czy formułowaniu własnych wniosków w formie pisemnej. Nasze dzieci w murach szkoły stają się bezmyślnymi uzupełniaczami gotowych tabelek, przez co ich umiejętność logicznego przelewania myśli na papier po prostu przestaje istnieć.

Zobacz także:

Współcześni uczniowie stają się analfabetami?

Siedzę teraz nad tymi pustymi kartkami i z przerażeniem zastanawiam się, co te dzieci tak naprawdę robią przez całe siedem godzin spędzonych w klasie. Czy szkoła całkowicie zrezygnowała z uczenia dzieci robienia porządnych, logicznych notatek? Przecież to za kilka lat zemści się na nich w szkołach średnich i na studiach. Bartek spytany o to, jak wyglądała lekcja, odpowiada z rozbrajającą szczerością, że pani wyświetliła prezentację na tablicy multimedialnej, porozmawiali chwilę, a potem dostali kartki do wklejenia pod tematem.

Gdy proszę syna, by napisał mi na kartce proste streszczenie przeczytanej w weekend bajki, widzę gigantyczny, paraliżujący opór, ponieważ on nie potrafi poprawnie sformułować dłuższego, złożonego zdania. Jego pismo po czterech latach edukacji przypomina chaotyczne hieroglify, a złożenie trzech logicznych myśli w spójny akapit graniczy z cudem, bo szkoła nigdy od niego tego nie wymagała. System oświaty w imię nowoczesności i pośpiechu zafundował nam pokolenie wtórnych analfabetów, którzy potrafią zaznaczyć odpowiedź w quizie na smartfonie, ale nie umieją napisać tradycyjnego, odręcznego listu.

Czas zacząć ratować edukację naszych dzieci

Wiem, że tysiące matek czuje dokładnie taki sam niepokój, gdy patrzy na puste strony w zeszytach swoich dzieci. Chcę głośno zapytać inne kobiety, jak wygląda sytuacja w Waszych placówkach i czy u Was też panuje ta wszechobecna, leniwa moda na kserówki i prezentacje? Czy naprawdę musimy godzić się na to, by państwowa szkoła zwalniała nauczycieli z obowiązku uczenia dzieci tradycyjnego pisania?

Ja od dzisiejszego wieczoru wprowadzam w naszym domu bezwzględny, codzienny rygor odręcznego pisania chociaż jednej strony tekstu, bez względu na to, jak bardzo mój syn będzie przeciwko temu protestował. Skoro system edukacji postanowił całkowicie skapitulować i ułatwić sobie pracę kosztem rozwoju intelektualnego naszych dzieci, to my, matki, musimy stać się ostatnim bastionem walki o kulturę języka. Nie pozwólmy, by nasze dzieci wyszły z podstawówek z umiejętnością stawiania jedynie krzyżyków w testach.

Pozdrawiam Was gorąco,
Zaniepokojona mama Bartka


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Ta lektura w klasach 1-3 to potężne nieporozumienie? „Wywołuje u małych uczniów ataki paniki”