Zarzeka się, że nie puści już syna na wycieczkę. „Nie stać mnie na sponsoring”
Kiedy syn poprosił ją rano o 200 zł na wycieczkę, nie przypuszczała, że wieczorem nie zostanie mu nawet złotówka. Jeszcze bardziej zdziwiło ją jednak to, na co poszły pieniądze. „Myślałam, że kupi sobie jakąś pamiątkę, a on został sponsorem kolegów” – pisze Justyna.

Dzień dobry, mój syn chodzi do piątej klasy. Niedawno po raz pierwszy pojechał z klasą na jednodniową wycieczkę. Bardzo się na nią cieszył, więc rano dałam mu 200 zł kieszonkowego. Uznałam, że to sporo jak na jeden dzień, ale dzięki temu nie będzie musiał oglądać każdej złotówki i będzie mógł sobie coś kupić. Poprosiłam tylko, żeby nie wydał wszystkiego od razu.
Rano dostał 200 zł
Syn wyszedł z domu z pieniędzmi i byłam spokojna. Nie chciałam go kontrolować na każdym kroku. W końcu ma już 10 lat i uważam, że powinien powoli uczyć się samodzielności i gospodarowania własnymi pieniędzmi.
W ciągu dnia zadzwonił do mnie jednak z dość nietypową prośbą. Powiedział, że zatrzymali się w McDonald's i chciałby kupić sobie hamburgera, ale nie ma już pieniędzy. Poprosił, żebym zrobiła mu BLIK-a.
Byłam zdziwiona, bo rano dostał ode mnie 200 zł. Zapytałam, jakim cudem już wszystko wydał. Nie potrafił mi wtedy dokładnie wyjaśnić, na co poszły pieniądze. Powiedział tylko, że już ich nie ma. Oczywiście puściłam mu tego BLIK-a, ale szczerze, jakoś mnie to zaniepokoiło.
Dopiero po powrocie wszystko wyszło
Kiedy wieczorem wrócił do domu, opowiadał o wycieczce jak gdyby nigdy nic. Był zadowolony, bo dobrze się bawił z kolegami. W pewnym momencie wspomniał, że kupił im herbaty z kulkami.
Dopytałam, co dokładnie ma na myśli. Okazało się, że najpierw kupił sobie taką herbatę, a kiedy koledzy zobaczyli, co ma, zaczęli pytać, czy mogą spróbować. Syn uznał, że będzie miło i kupił również im. Jedna herbata zamieniła się w kolejne, aż pieniądze po prostu się skończyły.
Wtedy dopiero zrozumiałam, dlaczego kilka godzin wcześniej dzwonił do mnie z McDonald's po BLIK-a. Z 200 zł, które dostał rano, nie został mu nawet grosz. Co więcej, nie przywiózł sobie żadnej pamiątki ani niczego, co sam chciał kupić.
„A gdzie byli nauczyciele?”
Przyznam, że bardzo się wtedy zdenerwowałam. Nie chodzi nawet o to, że wydał wszystkie pieniądze. Bardziej o to, że najwyraźniej uznał, że może przeznaczyć swoje kieszonkowe na fundowanie kolegom, a kiedy zabraknie mu na własne potrzeby, mama po prostu dołoży.
Zaczęłam też pytać go, jak to w ogóle wyglądało. Czy nauczyciele widzieli, że kupuje kolegom napoje? Czy ktoś mu powiedział, żeby nie wydawał wszystkich pieniędzy? Czy koledzy sami prosili, żeby im postawił, czy to był jego pomysł?
Wiem, że nauczyciel nie jest w stanie pilnować każdego zakupu każdego dziecka. Mimo wszystko trudno mi zrozumieć, że podczas szkolnej wycieczki jedenastolatek może wydać całe swoje kieszonkowe na kolegów, a potem zostać bez pieniędzy na jedzenie. Dla mnie to również kwestia nauczenia dzieci rozsądku i pilnowania, czy wszystko jest w porządku.
Nie będę sponsorować całej klasy
Synowi wytłumaczyłam, że nie mam pretensji o to, że chciał być miły dla kolegów. Mam pretensję o brak rozsądku. Dostał 200 zł na cały dzień i sam zdecydował, że wyda je na innych. Musi więc też zrozumieć, że nie mogę później ratować go BLIK-iem.
Nie stać mnie na to, żeby przy każdej wycieczce moje dziecko sponsorowało kolegom napoje czy inne zachcianki. Jeśli chce komuś coś kupić, proszę bardzo, ale najpierw powinien pomyśleć o sobie i zostawić sobie pieniądze na resztę dnia.
Na kolejną wycieczkę na pewno nie dostanie 200 zł. Zastanawiam się nawet, czy nie dawać mu po prostu konkretnej, niewielkiej kwoty i powiedzieć, że musi mu wystarczyć. Ta pierwsza wycieczka miała być dla niego lekcją samodzielności, a wyszła z tego lekcja dla mnie – że najwyraźniej moje dziecko potrzebuje jeszcze trochę pomocy w zrozumieniu, że własny portfel nie jest klasowym funduszem.
Pozdrawiam,
Justyna
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także:
- Gdy nauczycielka w szkolnej toalecie odkryła, co robią uczniowie, odebrało jej mowę. „Wszystko jest w sieci”
- Koniec września, a nauczyciele już są na skraju. „Lekcje powinny być nagrywane. Rodzice wreszcie przejrzeliby na oczy”
- Nauczycielka wepchała się przed jej córkę w szkolnej stołówce. „Ukradła Amelce ostatniego naleśnika”