Kiedy mój 12-letni Janek wrócił ze szkoły i rzucił na stół potężne, grube tomisko, myślałam, że to jakaś pomyłka. Okazało się jednak, że pani od języka polskiego bez mrugnięcia okiem kazała dzieciom przeczytać „Hobbita” i dała na to niecałe trzy tygodnie. Usiedliśmy wieczorem do pierwszego rozdziału i to, co się działo w naszym domu przez kolejną godzinę, było po prostu drogą przez mękę. Mój syn, który uczy się dobrze i nie ma problemów z nauką, zacinał się na co drugim zdaniu, a jego oczy natychmiast zaszły łzami z czystej frustracji. Te archaiczne opisy, skomplikowane słownictwo, nieskończenie długie zdania – dla współczesnego dwunastolatka to jest bariera nie do przejścia.
WIDEO…
Po kilkunastu stronach oboje mieliśmy dość. Powiedziałam stop i podjęłam decyzję, za którą pewnie wielu tradycjonalistów mnie ukamienuje: książka ląduje na półce, a Jasiowi puszczę po prostu filmową trylogię Petera Jacksona w weekend.
Trudne lektury szkolne w podstawówce a zniechęcenie dzieci do czytania
Zastanawiam się, jaki cel ma polonistka, zmuszając dzieci do czytania tak specyficznej literatury w szóstej klasie. Przecież „Hobbit” to nie jest lekka, przyjemna bajeczka, ale wymagające dzieło high fantasy z mnóstwem detali, które potrafią znudzić nawet dorosłego. Wpychanie dzieciom tak skomplikowanych książek przynosi skutek odwrotny do zamierzonego – zamiast miłości do literatury wywołuje u nich autentyczną traumę i potworny opór. Janek po godzinie spędzonej z tą książką stwierdził, że nienawidzi czytać i że wszystkie książki są głupie.
Moje serce pękło, bo przecież na co dzień czyta komiksy czy prostsze powieści przygodowe dla młodzieży. Dlaczego szkoła uparcie niszczy w dzieciach naturalną ciekawość świata, serwując im teksty niedostosowane do ich wieku i możliwości percepcyjnych? Dla mojego syna i większości jego rówieśników ten język jest po prostu zbyt trudny, nudny i kompletnie abstrakcyjny.
Ekranizacja zamiast książki jako nowoczesny ratunek dla ucznia
Wiem, że wyleje się na mnie fala krytyki, że jestem leniwą matką, która idzie na łatwiznę i uczy dziecko pójścia po linii najmniejszego oporu. Ale ja patrzę na to pragmatycznie. Filmowy „Hobbit” to genialne, widowiskowe dzieło, które doskonale oddaje fabułę, uczy moralności, pokazuje walkę dobra ze złem i rozwija wyobraźnię młodego człowieka w sposób nowoczesny. Dlaczego mam zmuszać własne dziecko do czytania, skoro może poznać tę samą historię w atrakcyjnej dla swojego pokolenia formie wizualnej?
Janek dzięki filmowi bez problemu zrozumie wątki, pozna bohaterów i z pewnością poradzi sobie na lekcji czy teście z treści lektury. Dzisiejsze dzieci żyją w świecie obrazu i ignorowanie tego faktu przez szkołę jest zwyczajnym błędem. Film nie jest gorszy, jest po prostu dostosowany do XXI wieku.
Jak przetrwać maraton lektur w szkole podstawowej bez stresu
Chciałabym zapytać inne mamy i Waszych ekspertów: jak Wy sobie radzicie z tym lekturowym obłędem w starszych klasach? Czy ja naprawdę robię synowi krzywdę, ułatwiając mu życie w ten sposób? Uważam, że obowiązkiem rodzica jest ochrona dziecka przed nadmiernym stresem, a polonistka swoim wymaganiem dołożyła Jankowi ogromny, niepotrzebny ciężar. Nie mam zamiaru spędzać każdego wieczoru na awanturach i zmuszaniu syna do czytania linijka po linijce czegoś, co go zupełnie nie interesuje. Wybór filmu to dla nas kompromis, który pozwala ocalić spokój w domu i zdrowie psychiczne nas obojga.
Napiszcie, co o tym sądzicie – czy puszczenie filmu zamiast czytania książki to faktycznie takie pójście na łatwiznę, czy może jedyny rozsądny ratunek w dzisiejszych realiach?
Pozdrawiam Was gorąco,
Agata, mama szóstoklasisty Janka
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Gdy nauczycielka w szkolnej toalecie odkryła, co robią uczniowie, odebrało jej mowę. „Wszystko jest w sieci”