Monika, mama trzyletniej Kasi, od kilku dni zauważała u swojej dotychczas wesołej córeczki nagłą i trudną do wytłumaczenia zmianę w zachowaniu. Dziewczynka po przekroczeniu progu mieszkania stawała się nienaturalnie cicha, wycofana, unikała kontaktu wzrokowego i reagowała nerwowym lękiem na każde głośniejsze słowo czy niespodziewany ruch. Prawdziwy wstrząs nastąpił jednak podczas jednego z wieczorów, gdy maluch, zamiast bawić się klockami, siedział bezruchu na brzegu łóżka z rączkami ułożonymi na kolanach.

WIDEO…

player placeholder

Kiedy zaniepokojona mama próbowała delikatnie podpytać córkę o powód tego smutku, dziewczynka zalała się łzami i wyszeptała, że musi być teraz cicho, bo inaczej znowu trafi na specjalne miejsce. Zszokowana kobieta natychmiast zaczęła drążyć temat, a prawda, jaką usłyszała z ust przestraszonego dziecka, wywołała u niej potężne oburzenie oraz natychmiastową potrzebę interwencji u dyrekcji.

Psychologiczna presja ukryta pod płaszczykiem dyscyplinowania grupy

Okazało się, że wychowawczynie w grupie Kasi postanowiły ułatwić sobie codzienną pracę i wprowadziły do sali autorski, niezwykle surowy mechanizm izolacji społecznej. W samym centrum sali, na widoku wszystkich podopiecznych, stanęło tak zwane krzesło milczenia, przeznaczone dla dzieci, które w danym momencie nie potrafiły dostosować się do sztywnych reguł grupy. Trzylatki, które płakały przy porannym rozstaniu w szatni, biegały zbyt głośno podczas zabawy lub odmawiały zjedzenia nielubianej zupy, były oficjalnie sadzane na tym meblu za karę. Dziecko musiało siedzieć tam w całkowitym bezruchu przez kilkanaście minut, patrząc, jak reszta rówieśników bawi się zabawkami, i mając kategoryczny zakaz odzywania się do kogokolwiek.

Zobacz także:

Taka forma psychicznej presji stosowana wobec maluchów, które dopiero uczą się kontrolować swoje emocje, jest dla Moniki przejawem skrajnej bezmyślności ze strony kadry pedagogicznej. Mała Kasia przeżyła tak wielki wstyd i lęk przed publicznym napiętnowaniem na oczach kolegów, że po powrocie do domu bała się odezwać przez cały wieczór, wierząc, że każde słowo sprowadzi na nią karę. To potworne, jak współczesna placówka publiczna potrafi wykorzystać autorytet dorosłego, by złamać dziecięcą pewność siebie i zafundować maluchowi traumę.

Nowoczesna pedagogika kontra przestarzałe metody izolacji słabszych

Monika nie zamierzała milczeć i już następnego dnia rano udała się na oficjalną rozmowę z dyrekcją przedszkola, domagając się natychmiastowego zaniechania tego upokarzającego systemu. Ze strony nauczycielek usłyszała oczywiście klasyczne tłumaczenia, że to jedynie niewinna metoda wyciszająca, która pomaga w okiełznaniu dwudziestki energicznych dzieci. Tyle tylko, że psycholodzy dziecięcy od lat alarmują, iż publiczne izolowanie i zawstydzanie trzylatka przynosi wyłącznie fatalne rezultaty, niszcząc jego poczucie bezpieczeństwa. Dziecko sadzane na takim krześle nie uczy się, dlaczego dane zachowanie było niewłaściwe, a jedynie chłonie potężną dawkę wstydu, lęku oraz bezradności.

Nowoczesna edukacja powinna opierać się na wsparciu emocjonalnym, rozmowie i pomaganiu maluchowi w trudnych momentach adaptacji, a nie na budowaniu dyscypliny za pomocą presji psychicznej. Przedszkole ma obowiązek wspierać rozwój społeczny najmłodszych, a nie fundować im stany lękowe, które będą ciągnąć się za nimi przez kolejne lata edukacji.

Każdy rodzic ma pełne prawo stanowczo protestować, gdy widzi, że zasady panujące za zamkniętymi drzwiami placówki wpływają destrukcyjnie na kruchą i wrażliwą psychikę jego dziecka.

Zobacz też: Wszyscy rodzice w przedszkolnej szatni zamarli po tym, co zrobiła babcia. „Inne matki aż odwracały wzrok. Wstyd”