Większość pracujących rodziców doskonale zna ten przyspieszony puls, kiedy zegarek nieubłaganie zbliża się do godziny piętnastej, a samochód utyka w korku. Temat zamykania przedszkolnych sal wywołuje mnóstwo skrajnych emocji, ponieważ większość etatów w naszym kraju kończy się o godzinie szesnastej lub siedemnastej.

WIDEO…

player placeholder

Przedszkole w cieniu tykającego zegara i wielkie pretensje rodziców

W samym środku tej burzy stoi Tamara, która od pięciu lat pracuje jako wychowawczyni w jednej z miejskich placówek publicznych i codziennie obserwuje ten sam, powtarzający się dramat. Kobieta spędza długie godziny na zabawach z maluchami, ale przyznaje, że popołudniowy odbiór podopiecznych stał się dla niej najbardziej wyczerpującym momentem całego dnia pracy.

W korytarzach i szatniach regularnie dochodzi do trudnych spięć, ponieważ zmęczeni rodzice wpadają na salę z żalami, że placówka zbyt wcześnie kończy zajęcia dydaktyczne. Tamara patrzy na te sytuacje z zupełnie innej perspektywy i kompletnie nie rozumie, dlaczego dorośli ludzie mają tak wielkie pretensje o naturalne ramy czasowe funkcjonowania instytucji. Wychowawczyni mocno podkreśla, że jej własny dzień pracy również ma swoje sztywne granice i po ośmiu godzinach intensywnej opieki nad dwudziestką dynamicznych trzylatków ma pełne prawo wyjść do domu.

Zobacz także:

Ostra odpowiedź przedszkolanki na codzienne narzekania pracujących rodziców

Stanowisko, jakie zajmuje Tamara w tej niekończącej się debacie, jest niezwykle twarde. Nauczycielka bez ogródek twierdzi, że jeśli ktoś decyduje się na powrót do pracy na pełen etat w firmie do godziny siedemnastej, to powinien we własnym zakresie zabezpieczyć logistykę swojego dziecka. Jej zdaniem wymaganie od nauczycieli, by bez przerwy zostawali po godzinach lub prowadzili darmowe dyżury, jest przejawem skrajnego braku szacunku do ich ciężkiego zawodu.

Tamara głośno powtarza, że idealnym rozwiązaniem dla osób niemających wsparcia w dziadkach jest po prostu zatrudnienie niani na te kluczowe dwie lub trzy godziny popołudniowe. Opiekunka mogłaby odebrać malucha o piętnastej, zapewnić mu spokojny spacer, podać podwieczorek i poczekać w domu na powrót zapracowanych rodziców bez fundowania dziecku stresu w pustej szatni.

Przedszkolanka uważa, że zrzucanie całej odpowiedzialności za brak elastyczności rynku pracy na barki państwowej oświaty jest pójściem na łatwiznę, które generuje tylko niepotrzebne konflikty. Kobieta ma już serdecznie dość wysłuchiwania, że nianie są drogie, ponieważ uważa, że posiadanie potomstwa wiąże się z kosztami, których nie można bez przerwy przerzucać na zmęczone nauczycielki.

Gdzie leży granica między empatią dla matki a prawami pracowniczymi nauczyciela?

Ta wypowiedź trafia w najczulszy punkt współczesnego rodzicielstwa, czyli wieczne poczucie winy i brak systemowego wsparcia. Z jednej strony racje Tamary, która po całym dniu hałasu chce po prostu zamknąć drzwi klasy i wrócić do własnej rodziny, są całkowicie logiczne i zrozumiałe. Z drugiej strony wizja zatrudniania prywatnej opieki w realiach dzisiejszych pensji brzmi dla wielu rodzin jak oderwany od rzeczywistości luksus, na który zwyczajnie ich nie stać. Konflikt ten pokazuje ogromną systemową dziurę, w której młode, ambitne matki są zmuszane do wybierania między rozwojem zawodowym a poczuciem, że porzucają swoje dzieci w pustym przedszkolu.

Zamiast oskarżać się nawzajem o brak serca, obie strony powinny zacząć szukać kompromisów, takich jak chociażby zrzucanie się kilku sąsiadujących rodzin na jedną opiekunkę. Jedno jest pewne – ten konflikt nie zniknie, dopóki system pracy w Polsce nie zacznie brać pod uwagę realiów, z jakimi mierzą się współcześni rodzice i nauczyciele.

Zobacz też: Wprowadziły w przedszkolu system warzywny. Matka 3-latki: „Moje dziecko wróciło przerażone, bo panie nazwały je burakiem”