Reklama

Jechałam z trzyletnią córką nad morze. Wiedziałam, że kilka godzin w pociągu będzie wymagało ode mnie sporo cierpliwości, dlatego dzień wcześniej się przygotowałam. Spakowałam kolorowanki, kredki, tablicę magnetyczną, książeczki i zdrowe przekąski. Nie liczyłam na to, że córka przez całą drogę będzie grzecznie siedziała i patrzyła przez okno. Dziecko w tym wieku potrzebuje rozmowy, nowych bodźców i ciągłej uwagi, a nie ignorowania.

Raz oglądałyśmy mijane pola i lasy, innym razem rysowałyśmy zwierzęta na tablicy magnetycznej. Później przyszła pora na przekąskę i wymyślanie historii o ludziach, których widziałyśmy na stacjach. Było głośno, momentami męcząco, chwilami chaotycznie, ale właśnie tak wyobrażałam sobie podróż z małym dzieckiem.

Naprzeciwko siedziała mama z dwójką dzieci. Dziewczynka wyglądała na rówieśniczkę mojej córki, chłopiec był od niej może dwa albo trzy lata starszy. Ledwo pociąg ruszył ze stacji, oboje dostali do rąk telefony. Chwilę później na stoliku pojawiły się żelki, chrupki i wafle. Mama również wyjęła swój telefon i przez większość podróży wpatrywała się w ekran.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, czego między nimi nie było

Nie chcę demonizować smartfonów. Sama wiem, że bywają sytuacje, kiedy bajka potrafi uratować rodzicom długą podróż albo wizytę u lekarza. Nie należę też do osób, które uważają, że dziecko nigdy nie powinno korzystać z elektroniki.

Patrząc na tę rodzinę, miałam jednak wrażenie, że telefony nie były rozwiązaniem jakiegoś problemu. One pojawiły się jeszcze zanim dzieci zdążyły się znudzić, zanim padło pierwsze pytanie i zanim ktokolwiek spróbował zamienić z nimi kilka zdań.

Przez całą drogę nie usłyszałam rozmowy o tym, co widać za oknem. Nikt nie zachwycił się krówkami stojącym na łące ani ogromnym mostem, przez który przejeżdżaliśmy. Nie było wspólnego śmiechu, zgadywanek ani choćby krótkiego: „Popatrzcie, jakie piękne jezioro”.

Najbardziej uderzyło mnie właśnie to, czego tam zabrakło. Siedzieli obok siebie, ale miałam wrażenie, jakby każde z nich podróżowało osobno. Przyznam, że przez chwilę nawet zazdrościłam tej mamie. Moja córka co kilka minut chciała coś pokazać, o coś zapytać albo poprosić mnie o wspólną zabawę. Byłam zmęczona i marzyłam o kilku minutach ciszy. Wystarczyłoby przecież wyjąć telefon i pewnie też miałabym spokój...

Tylko czy naprawdę o taki spokój nam chodzi?

Czasem najcenniejsze chwile są też najbardziej męczące

Po powrocie długo myślałam o tamtej podróży. Nie znam historii tej kobiety. Być może była po ciężkim tygodniu pracy, niewyspana albo zwyczajnie nie miała siły na kilkugodzinną zabawę z dziećmi. Każdy rodzic ma prawo do zmęczenia i każdy czasem wybiera rozwiązania, które po prostu pomagają przetrwać trudniejszy dzień.

Coraz częściej zastanawiam się jednak, czy nie zaczęliśmy traktować ekranów jako pierwszej odpowiedzi na dziecięcą nudę. Zamiast dać dziecku szansę na rozmowę, obserwowanie świata albo zwykłe ponudzenie się przez kilka minut, odruchowo sięgamy po telefon. Jest szybciej, ciszej i wygodniej. Problem w tym, że właśnie w tych pozornie nieistotnych chwilach często rodzą się wspomnienia, do których dzieci wracają po latach.

Do dziś pamiętam swoje podróże pociągiem. Nie dlatego, że były idealne, ale dlatego, że rozmawialiśmy, śmialiśmy się i patrzyliśmy przez okno, próbując odgadnąć, dokąd prowadzą tory. Może właśnie dlatego tamta scena tak mnie poruszyła. Nie dlatego, że dzieci trzymały w rękach telefony, ale dlatego, że miałam wrażenie, iż cała podróż przestała być wspólnym doświadczeniem. A przecież dzieci nie zapamiętują przede wszystkim tego, co dostały do ręki. Najczęściej pamiętają to, z kim naprawdę spędziły czas.

Zobacz także:

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...